Jak mistrz szukał i znalazł - GAZETA WYBORCZA (dodatek katowicki) 2 stycznia 2004 r.

 

Wychował się z alchemikiem, studiował teologię, z braku pieniędzy wyruszył za chlebem do Pszczyny. Ma na swoim koncie wynalazek, który zmienił oblicze Śląska. - Innym przyniósł fortuny, a on sam zmarł w biedzie. Historia Johanna Christiana Ruberga jest dramatyczna i tajemnicza, godna sfilmowania – mówi inż. Teofil Jamrozy, współautor biografii wynalazcy.

 

Jedna ze scen filmu mogłaby wyglądać następująco: młody mężczyzna ślęczy nad drewnianym stołem, na którym piętrzą się kawałki minerałów, kolorowe proszki, próbówki. W ręku trzyma pióro, które co chwilę moczy w kałamarzu. Na kawałkach papieru odnotowuje czytelnym charakterem pisma obliczenia, wykonuje rysunki. Jest bardzo dokładny, każdy eksperyment powtarza kilka razy. Nie je, nie śpi. W końcu załamany rezygnuje, zostawia wszystko i wsiada do powozu.

- O Johannie Christianie Rubergu pamiętają jedynie hutnicy. Poza tym mało kto kojarzy go z Górnym Śląskiem – mówi Jamrozy.

O wielkim mistrzu hutniczym niewiele wiadomo, ale nawet te szczątkowe informacje budzą sporo emocji.

Prawdopodobnie urodził się w 1751 r. Wiadomo, że Johann i jego ojciec, właściciel młyna w Ilsenburgu, w hrabstwie Wernigerode w górach Harzu, mieszkali przez wiele lat z alchemikiem. - Herr von Bergen. Tak nazywał się ów tajemniczy mężczyzna. Kiedy Johann był młody, alchemik obiecywał jego ojcu, że potrafi zrobić złoto z ołowiu, miedzi i jakiegoś tajemniczego proszku. Młynarz stracił w ten sposób wszystkie pieniądze, a Herr von Bergen, czyli „człowiek z gór”, ulotnił się, kiedy zauważył, że już nic od starego mężczyzny nie wyciągnie – opowiada pan Teofil.

Ojciec Ruberga został bez grosza i Johann musiał po półtora roku zrezygnować ze studiów teologicznych. - Kontakt z alchemikiem zrobił jednak swoje. Zasmakował w eksperymentach. Może nie próbował zrobić złota, ale kombinował, jak tu zarobić na życie, więc trochę namieszał. Badał minerały i kamienie, których w górach Harzu nie brakowało – dodaje Jamrozy, - Po pewnym czasie stał się znany w całej okolicy, chyba w równym stopniu, co ów alchemik.

Książę pan szuka chemika

W czasie, kiedy Ruberg eksperymentuje w swoim domowym laboratorium, książę pszczyński Fryderyk Erdmann Anhalt – Koethen-Pless szuka ludzi, którzy mogliby usprawnić pracę w jego hutach i kopalniach. Jednym z jego najbardziej zaufanych współpracowników był August Kiss, który pracował w hucie paprockiej – jej ruiny znajdują się w Tychach. W 1779 r. Kiss wybrał się w odwiedziny do ojca, który mieszkał w Wernigerode. - Tam spotkał Ruberga, który od razu przystał na propozycję wyjazdu do Pszczyny, bo marnie mu się wiodło – mówi Eugeniusz Rączka, współautor biografii o Rubergu, Prezes Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Przemysłu Hutniczego w Polsce.

Ruberga od razu przydzielono do huty paprockiej. To był przełomowy moment, o czym wiemy z „Kroniki Pszczyńskiego Wolnego Państwa Stanowego Henryka”W. F. Schaeffera. - Ruberg przeprowadził tam doświadczenie. W kronice jest zapis, z którego wynika, że zmieszał funt miedzi z funtem bezużytecznego żużlu, który zalegał w gardzieli pieca. Całość nakrył miałem węglowym, ubił i poddał przez godzinę procesowi topnienia w zamkniętym naczyniu. Tak otrzymał dwa funty mosiądzu. Ludzie myśleli, że to złoto, bo mosiądz ma złocisty kolor. Ale to tylko oznaczało, że w rudzie jest cynk, który jest składnikiem mosiądzu – wyjaśnia inż. Jamrozy, emerytowany hutnik.

W tamtych czasach cynk, bardzo często zwany indyjską cyną, był wytapiany w prowizorycznych piecach i niewielkich ilościach. Sposób był nieopłacalny, dlatego przemysłowcom tak bardzo zależało, żeby to zmienić.

Wynalazek za kratami

Na Rubergu szybko się poznali. Został sztygarem w najstarszej kopalni w Murckach. Jamrozy: - Sztygarem nie mógł być byle kto. Okazało się, że ma dużo pomysłów, więc może zarządzać również hutą szkła w Wesołej, obecnie dzielnicy Mysłowic. Tam ponownie zaczął próby wytapiania cynku. W 1792 r. udało mu się go wytopić bardzo prostą metodą, ale w kasie huty, w niewyjaśnionych okolicznościach, pojawiło się manko i został odwołany.

Dopiero po śmierci starego księcia Ruberg wrócił do łask. Nowego księcia Ferdynanda zainteresowały jego projekty budowy pieca do produkcji cynku. - wynalazek tak bardzo poruszył ludzi, że miejsca, skąd wypływał cynk, zostały od razu okratowane. Nowy metal błyszczał i książę bał się, że będą go rozkradać – opowiada pan Teofil.

W życiu Ruberga jednak niewiele się zmieniło. - Był milczkiem, samotnikiem. Jego wynalazki budziły podziw, wokół niego rozpościerała się aura tajemniczości. Ludzie nazywali go górnośląskim Faustem, czarodziejem, czarnoksiężnikiem, alchemikiem. On sam nie miał przyjaciół, podobno nawet znajomych. Siedział zamknięty w laboratoriach i szukał tego, na co inni nie mogli trafić. Był opętany przez alchemię, zapominał o innym życiu, myślał tylko o nowych wynalazkach – mówią Rączka i Jamrozy.

Zdrada i wrogowie

W szale wynalazków Ruberg nie zauważył wrogów i zazdrośników. Największym był radca kamery książęcej niejaki Bahn. Byli też inni, ale o nich nie wiedział, bo nie angażował się w nic poza pracę. - Był wyjątkowo wszechstronnym człowiekiem. Za jego czasów huta w Wesołej stała się kolebką produkcji cynku, a huta szkła, którą również zarządzał, słynęła ze wspaniałych wyrobów. Słyszałem, że we francuskich kościołach są żyrandole właśnie z tamtych czasów. Niektóre wyroby nadal można oglądać w zamku pszczyńskim – opowiada Jamrozy.

Jednak nad życiem Ruberga pojawiły się czarne chmury. Ciągłe szykany zniszczyły mu zdrowie. Przeszedł na wcześniejszą emeryturę, prawdopodobnie na wniosek księcia. Jamrozy: - zamieszkał w domu starców, wybudowanym przez księcia dla swoich byłych podwładnych. Nie miał co zrobić z czasem. Nie mógł pracować w laboratorium. Popadł w depresję, zaczął pić.

Koniec w biedzie

- Ruberg nie miał rodziny. Został sam. Pewnego dnia przygarnęli go ludzie, którym kiedyś pomógł. Mieszkali w Ławkach, obecnie dzielnicy Mysłowic. U nich dokonał żywota w biedzie i samotności. Zapomniano o nim – mówią Rączka i Jamrozy.

Pochowano go na cmentarzu przy kościele ewangelicko-augsburskim w Hołdunowie. - Nie wiemy, gdzie jest jego grób – mówi ks. Adam Malina, proboszcz parafii św. Trójcy w Hołdunowie. Na cmentarzu jest stara kostnica z 1797 roku. Tu prawdopodobnie przez jakiś czas spoczywały jego zwłoki.

Rączka i Jamrozy twierdzą, że jakieś kłopoty z odnalezieniem grobu były już w rok po śmierci Ruberga. - Niejaki Hilgerth, syn Jakuba Hilgertha, bliskiego współpracownika Ruberga, miał na polecenie księcia odnaleźć grób wynalazcy, ale junior powiedział księciu, że to nie jest możliwe. Książę chciał wystawić Rubergowi pomnik, taki jak Higerthowi seniorowi. Podobno junior Higerth mógł nie chcieć odnaleźć grobu Ruberga, bo twierdził że to jego ojciec wynalazł metodę wytapiania cynku – dodaje Jamrozy.

Po Rubergu zostały tylko nieliczne cynkowe elementy, które znajdują się do dziś na dachach niektórych budynków należących do książąt, oraz szkiców pieców do wytapiania cynku.

- Szybka produkcja umożliwiła rozwój nie tylko hutnictwa, ale i budownictwa. Cynk był składnikiem mosiądzu, z którego powstawały klamki, krany, elementy elektrotechniczne. Dzięki temu wynalazkowi Górny Śląsk stał się potęgą przemysłową – mówi Rączka.

KATARZYNA PIOTROWIAK

GAZETA WYBORCZA (dodatek katowicki) 2 stycznia 2004 r.

http://wyborcza.pl