Walenty Roździeński
Sławny mistrz i autor książki
O Hutnictwie Śląskim w XVII wieku
Napisał ks. Jan Kudera
Odbitka z Wiadomości Mysłowickich 1938
Tłoczono czcionkami Drukarni „Sztuka” w Mysłowicach ul. Powstańców 7, Telefon 22271
Obok Olbrychta Strumieńskiego do najsławniejszych synów parafii mysłowickiej na przełomie 16 i 17 wieku należał Walenty Roździeński. Starszy z nich Olbrycht Strumieński był dzielnym agronomem i w r. 1573 napisał bardzo cenną i pożyteczną książkę o gospodarstwie rybnym. Walenty Roździeński zaś w kunszcie hutniczym we swoim czasie fachowością oraz znajomością rzeczy wszystkich pracujących w tym samym zawodzie znacznie prześcignął i w r. 1612 napisał wielki poemat o hutnictwie.
Walenty Roździeński należał do starej familii przemysłowej. Przodkowie jego od dawien dawna byli kuźnikami czyli mistrzami huty żelaza w Bruśku nad rzeką Małą Panwią na południu Koszęcina. Stąd się nazywali Bruśkami. Pierwotnie mieli się nazywać Hercykami, z czego wzięli nawet asumpt do „herbu serdecznikiem nazwanego”, ale cóż z tego ? Inna szlachta rodu tego jako szlacheckiego nie uznawała i żaden też z naszych herbarzy takiego herbu nie zna. Prawdopodobnie Bruśkom na swojej kuźnicy czyli hucie było już za ciasno, bo jeden z nich imieniem Jakub, ojciec naszego Walentego, opuścił ojcowiznę i przyżenił się do córki Sycha, kuźnika na hucie roździeńskiej. Sych ten, brat kuźnika Andrzeja na kuźnicy boguckiej, w roku 15461 od pana na Mysłowicach Stanisława Salomona otrzymał prawo założenia kuźnicy w Roździeniu nad rzeką Rawą i wszystkie przywileje z tym połączone: a więc sołectwo roździeńskie, tak jak je był kupił Stanisław Salomon od sołtysa roździeńskiego z rolami, łanami, pustyniami, lasami i jednym rybnikiem, Żabińcem zwanym, prócz tego prawo drzewobrania z pańskich lasów na Roździeniu, Bogucicach, Jaszczach i Załężu na palenie węgli w milerzach do potrzeb hutniczych, na budowanie domu, wolność pasenia bydła w Jaszczach i sianobrania w ilości trzech brogów, prawo do budowania młynka ku własnej potrzebie bez szkody młynów pańskich, wszystko w prawne dziedzictwo na wieczyste czasy z wykluczeniem sprzedaży innym. Za to Sych i jego spadkobiercy obowiązani będą panu na Mysłowicach i erbom jego dawać rocznie dwadzieściadwa czerwonych węgierskich złotych, trzy wozy dobrego żelaza, dwa pługi gotowe, dwie brony, dwie radlice i cztery sztaby dobrego żelaza dłuższe niż pachołek. Jeżeli się zważy, ze Sych był dobrym fachowcem, bo ze starej familii kuźników pochodził, i że się w tej sprawie pewnie radził brata swego Andrzeja kuźnika boguckiego, to zaznaczyć trzeba, że o jakimś wyzysku ze strony Salomona albo o nieświadomości po stronie Sycha mowy być nie może. Tym więcej trzeba się dziwić, że już zięć Sycha, wspomniany Jakub Brusiek, ojciec naszego Walentego, materialnie tak podupadł2.
1) Najstarszą z kuźnic w państwie mysłowickim była kuźnica bogucka (dzisiejsze Katowice) i jest ona już w dokumencie z roku 1397 wspomniana. Drugą była kuźnica roźdzeńska, zbudowana w roku 1546, trzecią była kuźnica szopieńska, która powstała w latach 1637 do 1640, jako czwarta została na samym terenie miasta Mysłowic na początku XVIII wieku założona kuźnica t. zw. Szabelnia. Wszystkie te kuźnice były zbudowane nad rzeczką Rawą dawniej mianowaną Roździanką albo też Wodą Roździeńską i miały do dyspozycji staw, którego wody potrzebne były do uruchomienia miechów dymarskich, młotu kuźniczego i w ogóle dostarczały taniej siły mechanicznej.
2) Jakub Brusiek w roku 1950 musiał się znajdować w wielkich opałach, skoro zawarł następujący kontrakt (Czerwona Księga miasta Mysłowic str. 7 i 8):
"Ja Jakub Brusiek Kuźnik Roździeński wespołek z Janem y Valentim ssyny a potomki mymi włassnym thym ninieyszym Cyrographem moym pissanym, wszem wobecz y iednemv kazdemv a zwłascza tham gdzie naliezy wiedzieć oznaymuię i do wiadomosci pewney przywodzę zem iesth winien dlugu prawego a sprawiedliwego mnie wdzięk y potomkom moym na pilnam potrzebę pożyczanego sumy dwieście zlotych liczby a monety polskiey wkazdy złoty po 30 grs rachi acz Panu Janowi Niezgodzie Miesczaninowi Będzinskiemv y potomkom iego: y themv kazdemv: kto by na mię i potomi moye: od niego miał list i dobrą wolią pod pieczęcią Vrzędu któregokolwiek: którąz to sumę będę powinien y dobrym cznotliwym słowem obieczuię: y spotomki mym dać a zapłacić y wdom wierzyciela mego odniesć bess wsselakich odwłok: fortelow, praktik prawnych i nieprawnych wsselakich: mianowicie na dzień Trzech Krolow blisko przysłych od Datum niszy pissanego w roku 1591 A jesli zebym czego Boże vchoway takowey sumy wierzycielowi memv na czas wyssey mianowany nieoddał a niezapłacieł: thedy się dobrowolnie pozwaliam y spotomki sswymi przes swie niezisczenie y na czass niezapłaczenie: takowąm drugąm sumę dwieście złotych wierzycielowi memv przipasć czegoiesli zebyśmy nieuczynili wthedy się dobrowolnie podzwaliam y spotomki swymi: zarass na zaiutrz po Trzech Króliach: na Mysłowiczach stanąć: y do więzienia dobrowlnie y spotomki mymi isć, a stamtąd niewynisć azby sumę y sprzepadkiem y sskodami iesli zeby iake przess to miał wierzycielowi memv albo potomkom iego zupełnie a do czała pięniądzmi gotowymi oddał y zapłacieł. Fantęm zadnym nie zakładaiącz się A themv wszystkiemv obieczuię y spotomki mymi za dossyć vczynić tak iako przysthoi dobremv cznymv człowieku pod pokutami na wierzchu pissane przyprosieły Vrzędu Miasteczka Myszłowicz aby była pieczęc mieyska przycisniona Miasteczki bess skody spodpissym ręki włassney tegoss Jakuba Kuznika Dan a pissan w Mysłowiczach w dzięn Trzech Krolow Roku Bożego 1590". - Dług ten w roku 1594 jeszcze nie był zapłacony.
Choć bowiem kuźnicy sami uważali się za szlachciców, acz niesłusznie, to jednak z konieczności zaliczyć ich trzeba do pewnego rodzaju patrycjatu pieniężnego, gdyż przez ich ręce przelewało się dużo pieniędzy, stosunkowo więcej niż u szlachty, nie mówiąc już o rzemieślnikach i chłopach. Garnęli się przeto do wyższych stanowisk. Jeden z kuźników tutejszej okolicy ks. Andrzej stał się w roku 1503 plebanem w Mysłowicach, drugi imieniem Piotr około roku 1500 był altarzystą czyli prebendarzem przy kościele św. Krzyża w Pszczynie a nareszcie trzeci, też imieniem Piotr, w r. 1568 altarzystą pszczyńskim. Dlatego też przypuścić można, że rozdieńskiemu kuźnikowi Sychowi w tym czasie, gdy się Jakub Brusiek tu żenił i z córką Sycha w kościele parafialnym w Mysłowicach zawierał ślub, musiało się dobrze powodzić i że nowożeńcom sprawił sute wesele. W innym razie Jakub Brusiek pewnie nie byłby się tu przyżenił, ale ponieważ, jak sam powiada, kuźnica roździeńska nie była najpodlejszą, dlatego na majątek ten się łakomił. Z małżeństwa Jakuba Bruśka z córką Sycha pochodziło dwuch chłopców, Jan i nasz Walenty, urodzony w Roździeniu i chrzczony w Mysłowicach około 1560 a nazywający się w późniejszym życiu Roździeńskim, ponieważ w Roździeniu się narodził. Prócz tego z małżeństwa tego pochodziły dwie dziewczyny Dorota i Anna. O Janie nic szczególnego się nie dowiadujemy, natomiast o Walentym możemy powiedzieć, ze musiał być chłopcem uzdolnionym. Jego talent na dobre tory skierowała parafialna szkoła mysłowicka, do której uczęszczał i która mogła mu dać takie wykształcenie, jakie później wykazał. Albowiem stary dokument z roku 1397 mówi o scholas t. j. O szkołach w Mysłowicach, a więc obok szkoły niższej (trivium) istniała tu także wyższa szkoła (quadrivium), gdzie uczono łaciny i greki. Jest na to wiele dowodów. Stąd to pochodzi, ze u Walentego Roździeńskiego w późniejszym życiu jego klasyczne wiadomości podziwiać trzeba, praktyczne zaś wykształcenie nabył w hucie u ojca swego. Pewnie w kuźnicy roździeńskiej dla pilnowania pracy i robotników wystarczył ojciec i starszy brat Jan, dlatego nasz Walenty w młodzieńczych latach mógł się puścić na wędrówkę. Te wędrówki dały mu okazję do poznania rozmaitych hut, ich urządzeń i sposobu pracy, ale nie tylko to. Poznał również wszelkiego rodzaju rudy żelaza, ich wydajność i zdatność do wytapiania różnych kategoryj żelaza, poznał kraje i ludzi. Około roku 1595 śmierć ojca zmusiła go by wrócił do domu, a gdy krótko potem odumarł go starszy brat Jan, zostawiając po sobie sierotkę, cały ciężar pracy spadł teraz na jego barki. Walenty Roździeński w międzyczasie był się ożenił, pewnie w tym celu, aby mógł dzielić prace i kłopoty, troski i znoje z towarzyszką życia, ale też i w tym celu, by wianem małżonki chwiejący się majątek podeprzeć. Nie wiemy jak wielki był ten majątek, który mu żona jako wiano przyniosła, tylko to wiemy, ze musiał być bardzo niewystarczający, skoro Roździenski popadł w coraz to gorsze kłopoty finansowe.
Zawikłania pieniężne datowały się już od czasów gospodarki ojca jego Jakuba. Czy Jakub Brusiek dokupując do majętności kuźnicy roździeńskiej statek karczmarza roździeńskiego się rozpił, albo czy go spotkało jakieś elementarne nieszczęście, że mu np. gwałtowna ulewa urządzenia przy stawie, młocie i samej kuźnicy mocno uszkodziła, któż to wie ? Faktem jest, że Walenty Roździeński objął majątek mocno zadłużony i ze się sam w coraz to większe długi zakopywał, co było powodem, że się stawał coraz to zgryźliwszym, nieobliczalnym i z czasem nawet zaczął popełniać różne niedorzeczności. Pani Mysłowic Anna Katarzyna Salamonowa, która była znaną jako dobra pani, która jakoby nie uznawała różnicy stanu i swoim poddanym często wyświadczała rozmaite przysługi, n. p. przy ożenku służącym swoim dawała kawałek gruntu albo wprost jakiś statek, była lichym stanem majątku Roździeńskiego mocno zaintrygowana i jako zwierzchnia pani i wierzycielka we wszystkim bardzo zainteresowana. By marnej gospodarce położyć kres, chciała się z Walentym Roździeńskim w sprawach jego i swojego majątku rozprawić i wyznaczyła mu we swoim dworze w Mysłowicach kilka razy termin, jednak bezskutecznie. Roździeński nie posłuchał, choć Salomonowa była jego pierwszą instancją sądową. Stał się w ten sposób względem niej nie tylko niewdzięcznym, ale też nieposłusznym i nawet tak daleko się posunął, że ją samą u zwierzchniego sądu w Pszczynie zaskarżył. Upór tak go zaślepił, ze się stał wprost aroganckim, albo jak to nazywano na sądzie w Pszczynie „wszetecznym” względem swojej pani i dobrodziejki. Odgrażał się jej i rozgłaszał, ze się uda do Korony Polskiej a Salomonowa będzie musiała za nim pieniądze nosić. Wobec takiego stanu rzeczy Salomonowa dała go zaaresztować i do więzienia miejskiego w Mysłowicach wsadzić. Termin zaś w sprawie jego skargi przeciwko Salomonowej został wyznaczony przed sądem zwierzchnim w Pszczynie na dzień 28 czerwca 1596 roku. Salomonowa sama się nie stawiła, ale dała się na terminie zastąpić przez swojego brata Piotra Kozła, a Roździeńskiego jako aresztanta przyprowadzono na rozprawę. Wszystkie punkty skargi rozpatrzył dokładnie sąd, składający się ze swobodnego pana na Pszczynie Abrahama Promnica, hetmana pszczyńskiego, zawodowego sędziego oraz panów ziemskich sędziów, i wydał wyrok zawierający się w siedmiu artykułach. Znamienną jest rzeczą, ze we wyroku powoda nigdy nie nazywają Walentym Roździeńskim, ale Walentym Kuźnikiem, albo Walentym Kuźnikiem Roździeńskim. W decyzji swojej sąd orzekł: Objekcja Walentego Kuźnika, ze za dług ojca nie może odpowiadać, gdyż „erbem dziedzicznym” kuźnicy nie był ojciec, ale matka i że ojciec nie miał wcale prawa robienia długów, upada wobec tego, że ojciec (Jakub Brusiek) długo przy kuźnicy roździenskiej mieszkał, nawet dokupił statek karczmarza roździeńskiego i ze tak, choć nie miał odewzdania i nie był formalnym posiedzicielem kuźnicy, to jednak za faktycznego współwłaściciela musi być uważany; przeto Walenty Kuźnik i sierotka po zmarłym bracie Janie za dług ciążący u pani Salomonowej i u innych wierzycieli po połowie są odpowiedzialni. Dotycząc szacunku kuźnicy, który Roździeńskiemu zdawał się być za niski, to ten uważa się za dobrze zastawiony i odpowiedni. Odnośnie do zaaresztowania go świadkowie zeznali, ze Walenty rzeczywiście chiał zbiec do Korony Polskiej i że z tej przyczyny zamknięcie było uzasadnione. Co się tyczy zamiaru Kuźnika, by kuźnicę dać w zastaw, to miarodajne są motywy wyroku sądowego opiewającego, ze zastaw jest niedopuszczalny. W sprawie przeinaczenia pastwiska na pole orne przez jednego z poddanych Kuźnika temuż w bieżącym roku pozwala się zebrać obile (zboże), na przyszłość zabrania się mu tam orać. A szkodę z przeszłych lat wynagrodzić powinien wszystkim tym, którzy razem z nim pastwiska tego używali, zaś za to, ze Walenty Kuźnik chłopu zezwolił na przeinaczenie pastwiska na pole orne, choć Salomonowa była mu zwróciła uwagę na niewłaściwość tego a on jednak nie posłuchał, podlega karze aresztu. W sprawie sprzątnięcia drzewa ze zagrody Walentego Kuźnika przez jakiegoś Krzysztofa Chwistka3 i zasiania tam przez tegoż owsa Kuźnikowi przysługuje prawo do wniesienia skargi do Salomonowej, a pani powinna mu dopomóc do osiągnięcia sprawiedliwości. Dotycząc szkody wynikłej dla Salomonowej z obsiania milerzysk obilem przez kuźników to sprawę tę mają między sobą załatwić stosownie do motywów wyroku sądu mysłowickiego. Co do wpisania do ksiąg ziemskich na kuźnicy roździeńskiej wiana małżonki Walentego Kuźnika, to takowe według motywów sądu ze słusznych przyczyn dokonanym być nie może, rzecz pozostawia się przy starym stanie a Walenty Kuźnik niech się patrzy, jak sprawę tę z panią swoją załatwić4. Nareszcie ponieważ Walenty Kuźnik wobec zwierzchności swojej cynizmem występuje i mimo wyroków sądowych z nią w spory się wdać a panią swoją pod zwierzchni sąd cytować się odważył, podpada karze aresztu i do pszczyńskiego miejskiego więzienia zostaje wtrąconym, po czym pani Salomonowej do zasłużonego aresztu ma być wydanym.
3) O tymże Chwistku czytamy w Czerwonej Księdze na str. 11 następujący protokół:
Actum feria scda ipso die S: Mathei Apli et Evaneliste Anno Domini 1592. Przed nas Bormistrza a Radę zupełnie siedzącząm y przed wssytką gromadę, stanąwsy oblicznie praczowithy Chrzystoph Chwistek ze wsi Rozdzienia, tak iako go pomowił Jakub Rus zeby miał wziąć na polu Mysłowskim dwa wozy tatarki, on chczącz się mv vsprawiedliwic stego, pytał człowieka pospolitego, tak małego iako wielkiego we trzy zupełne gromady, isz iesli zeby komv takowa tatharka zginęła, zeby się odezwał a powiedział na niego, tho czyniącz raz dwa y trzy a zaden się kthemv nieodezwał ale wsytczy y iednostainimi głosy powiedzieli że nicz na niego złego nie wiemy czoby miało skodzić iego dobrey sławie ieno wssythko dobre. Krzysztof Chwistek stał się później mieszczaninem mysłowickim, ale dzieci jego już się nazywały Chwiścikami.
4) Ciekawszą jest rzeczą, że między protokółami Czerwonej Księgi miasta Mysłowic nie ma ani jednego, któryby o tym coś wspominał, iż żona Walentego Roździeńskiego coś ze swojego posagu uratowała.
Takiego wyroku Roździeński pewnie się nie spodziewał. Wiedząc bowiem, że Salomonowa sprawy z boguckimi kuźnikami przed pszczyńskim sądem zwykle przegrywała, myślał, ze i teraz sąd na jej niekorzyść rozstrzygnie. Ale się omylił. Sąd w całej pełni zawyrokował na korzyść Salomonowej, Roździeńskiego zaś napiętnował jako winnego i od czci go odsądził. Nieszczęście więc Roździeńskiego było kompletne. Salomonowa miała już dosyć zgorszenia i kłopotów z kuźnikami boguckimi, nie chciała ich mieć więcej ze strony tak niesfornego kuźnika roździeńskiego. W niesnaskach z kuźnikami boguckimi prawo było formalne i materialne po stronie panów Mysłowic. Bo choć w dniu 9 września 1486 r. książę cieszyński Kazimierz II – gdyż Wacław Rudzki nie był właścicielem państwa mysłowickiego, ale tylko dzierżawcą i nie posiadał prawa go sprzedawać – odstąpił kuźnicę bogucką kuźnikowi Jurdze Kleparskiemu, to z drugiej strony odsprzedał on w dniu 21 lutego 1517 r. Aleksemu Turzemu państwo pszczyńskie i mysłowickie włącznie z kuźnicą bogucką (kuznicze druha v Bohoticz), a Jan Turzo (brat Aleksego) odsprzedał dalej w dniu 22 lutego 1536 r. Stanisławowi Salomonowi państwo mysłowickie też włącznie z kuźnicą bogucką (Boguczice we spolek z kuznicąm przi tei wsi lezączy). Właściwie więc kuźnica bogucka była dwa razy sprzedana względnie odstąpiona i nic dziwnego, ze z tego powodu wynikły takie przykre nieporozumienia. Salomonowie twierdzili swoje a kuźnicy obstawali również przy swoim. Kiedy się jedna ze stron zwracała o rozstrzygnięcie w jakimś sporze do sądu pszczyńskiego, to ten jako zależny od pana na Pszczynie, naturalnie rozstrzygał na korzyść kuźników boguckich dających panu pszczyńskiemu korzyści materialne.
Spory i nieporozumienia trwały kilkadziesiąt lat. Salomonowie uważali sprawę kuźnicy boguckiej jakoby za sprawę swego honoru i chcieli ją mieć jasno postawioną. Ale wszystkie starania nic nie pomogły, a kłopoty skończyły się dopiero wtedy, gdy Salomonowa odkupiła kuźnicę bogucką w roku 1609 za 9 tysięcy talarów. Stąd zrozumiałą jest rzeczą, ze Salomonowa, przewidując, iż sprawa z kuźnikami roździeńskimi mogłaby też nastręczyć tyle trudności, gdyby na wszystko pozwalała, wolała się zabezpieczyć przeciwko temu, sprawę postawiła na ostrzu miecza i gdy sąd napiętnował Roździeńskiego jako człowieka „wszetecznego” o nim pewnie już słyszeć nie chciała. Walenty Roździeński zaś nosił na sobie plamę człowieka pohańbionego, majątek jego zmizerniał i stało się wątpliwym, czy z niego jeszcze coś dla siebie wydostanie, więc pewnie nie miał po co wracać do kuźnicy roździeńskiej, choć przyznać trzeba, ze miał wielkie przywiązanie do Roździenia, skoro się w późniejszym życiu nie nazywał Bruśkowskim, albo podobnie, ale właśnie Roździeńskim. Katarzyna Salomonowa wzięła teraz kuźnicę roździeńską we własne władanie i osadziła tam innych, w roku 1598 słyszymy o mistrzu Zygmuncie, wichrzycielu religijnym i z tego powdu przez Salomonową znowu wydalonym, a w roku 1602 widzimy na kuźnicy roździeńskiej jako mistrza Marcina Niwkę. Ale i on tam długo nie pozostał. Równocześnie objęła Salomonowa też administrację długów na kuźnicy roździeńskiej, ustanawiając jako zarządcę przymusowego dla ściągania długów i w ogóle wszystkich pieniędzy należących do masy rajcę miejskiego Grzegorza Wolnika5. W miarę otrzymywanych pieniędzy spłacała nie tylko wierzycieli, ale też dwom siostrom Walentego Dorocie i Annie cząstkę majątku należącego im się po ojcu i braciach uratowała i na hucie zabezpieczyła. Salomonowa kuźnikom z czasem nawet przebaczyła, albowiem dowiadujemy się, że w roku 1613 na hucie roździeńskiej jest kuźnikiem „sierotka” po Janie, któremu na imię też było Jan. W roku tym Salomonowa obowiązuje go do dzisięciny snopowej dla plebana mysłowickiego. Później Jan nawet zaawansował, gdyż w r. 1622 nazywają go „Janem boguckim niekiedy kuźnikiem roździeńskim”. Z sióstr Jana i Walentego Dorota była zamężna z Adamem Patałągiem6 sołtysem dzieckowskim, Anna zaś z Janem Bogdalem. Pierwsza w roku 1606 uznała swoje pretensje za wyrównane, druga natomiast jest dobrej wiary, że za dział należący się jej z bratowizny po nieboszczyku bracie Janie i bracie Walentym jako posag otrzyma od syna po zmarłym Janie ekwiwalent we wysokości 15 złotych7.
5) Jakub Brusiek nawet u robotnika swojej kuźnicy Marchwianego się zadłużył. Marchwiany ten w protokole wizytacji parafii mysłowickiej dokonanej przez archidiakona ks. Kaźmierskiego w roku 1598 wspomniany jest jako ferri faber haerecticus, ale z Czerwonej Księgi miasta Mysłowic wynika, że nazywał się właściwie Nieracki. Że dług został mu w sposób wyżej opisany spłacony powiada nam następujący dokument z Czerwonej Księgi:
"Actum feria sexta die 21 Junij anno Dm 1602. Przed vrzędem Radzieczkim Mysłowskim stanąwszy oblicznie Katarzyna małżonka Girzyka Nieraczkiego rzeczonego Marchwiany z Frydrychem synem swym y iego będącz zdrowa na ciele y vmysle iawnie iasnie dobrowolnie zeznała ze się iey doszyć stało wedle intercisi a zastawy od Jakuba kuznika Rozdzienskiego mianey na pewnych rolach których od tego czasu w uzywaniu była pospołu zmęzem swym y zdiathkami we czterdzieści złotych liczby polskiey po gr 30 liczącz sktorych pieniędzydo rąk swych wziętych y odebranych kwituie szama za się za męza y dziathki swoie zeznawaiącz ze sie im z tej zasthawy pieniędzy wrocziły y za doszcyć stało przy bythno sci vrzędowey y pana Jana Gorczycza sługi Jey Msci Paniey które piniądze odebrała od Grigiera Wolnika na then czas plenipotenta dłuzników thych ktorzy na tey kuzniczy długi maią za wiadomością y wolą Jey Sci Paniey".
6) Ród Patałągów do obecnej chwili jest osiadły w Dzieckowicach i sąsiedniej Brzezince.
7) Wyrzęczenie Dorothy czorki niebosczyka Jakuba Kuznika Rozdzienskiego eodem Actum die et anno quibus supra (9 May 1606).
Przed vrząd nass Radzieczky Mysłowsky stanąwszy oblicznie sławna Pani Dorotha czorka niebosczyka Jakuba kuznika Rozdzienskiego nieprzymuszona ani blędem zadnym zawiedziona iawnie iasnie słowy wyrazliwymi przess Adama sołthyssa Dzieckowskiego małzonka swego nawyszego plenipotenta swego zeznała y zeznaie ninieyszym zapissem ze sie iey dossyc stało zoyczyzny y macierzyzny iey tho iest zkuznice Rozdzienskiey y nie będzie się iusz tham miała czego więczey vpominać ona szama Erbowie y potomkowie iey therasz y czaszy pothomnymi. Annyczorki niebosczyka Jakuba Rozdzienskiego wyrzeczenie zkuznice Rozdzienskiey Actum anno et die quibus supra. Przed urząd nas Radzieczkij Mysłowsky zupełnie siedzączy stanąwszy oblicznie sławna Anna czorka niebosczyka Jakuba kuznika Rozdzienskiego spolnie y zmałzonkiem swoim Janem Bogdalem iawnie iasnie słowy wyrazliwymi zeznała y zeznaie przesz tegosz Jana Bogdala małzonka swego nawyzssego plenipotenta swego isz iey doszyc stało zoyczyzny y macierzyzny iey tho iest zkuznicze Rozdzienskiey y nie bedzie sie tham miała czego wieczey vpominać ona szama Erbowie y pothomkoie iey therasz y pothomnymi czaszy thylko ze ieszcze zbrathowizny tho iest niebosczyka Jana Rozdzienskiego względem poszagu iako y drugi brat Valenti iey tego sie nie wyrzeka y powinien iey będzie pothomek niebosczyków oddac ztego działu ktory nan (nań) przypadnie y tego wszyshkiego Anna przerzeczona z Janem małzonkiem swoim wierzą szobie y tego wszysthkiego odstępuie przyiąwszy od pothomka niebosczyka Jana Rozdzienskiego złotych pięthnascie która thu zas będzie powinna sthanąć do wyrzeczenia z thych pięthnasci złothych.
A cóż się stało z naszym Walentym ? Udał się prawdopodobnie pod opiekę starego dobrodzieja familii Bruśków Andrzeja Kochcickiego „pana swobodnego z Kochcica, Lublińca, na Koszęcinie i Turnawie etc”. Ale na czym mogły polegać dobrodziejstwa Kochcickiego względem Roździeńskiego, tego dziś stwierdzić nie można. Czy go Kochcicki osadził na swojej kuźnicy ? Czy się postarał dla niego o posadę mistrza w innej hucie ? Czy mu dał zajęcie u siebie na jakimś folwarku albo gdzie indziej ? Trudno powiedzieć, choć każda z tych ewentualności jest możliwą i nawet prawdopodobną, a jednak nie zupełnie pewną. Że mógł nasz Walenty na kuźnicy Kochcickiego pracować, wynika z tego, że jego kuźnicę tak bardzo wychwala; że mógł na innych kuźnicach w Kronie Polskiej albo na Śląsku znaleźć zajęcie, dowodem na to jest jego znajomość tamtejszych i tutejszych hut i nawet wzmianka, że na niweckich kuźniach był mistrzem. Również i to jest możliwym, że mu Kochcicki dał u siebie jakąś spokojniejszą posadę, na której mógł się tak dokładnie przygotować na napisanie i wydanie książki mającej być jeszcze omówioną. Nawet to przyjąć można a to jest najprawdopodobniejszym, ze przebywał gdzieś w okolicy Roździenia, bo przecież miał tu swoją żonę, swojego bratanka, swoje siostry, z których jedna mieszkała w Dzieckowicach, również znanych z obfitości żelaza i starych „werków”. A o tym więcej, ze zna tak szczegółowo urządzenia kopalniane w Jeleniu położonym naprzeciwko Dzieckowic po drugiej stronie Czarnej Przemszy.
Bądź jak bądź Roździeński musiał teraz mieć więcej wolnego czasu, tak że mógł się całkiem poświęcić pracy systematycznego zeszeregowania swoich wiadomości fachowych celem wydania w roku 1612 swojej cennej książki p. t. „Officina ferraria abo huta y warstat z kuźniami szlachetnego dzieła żelaznego”. Może wartość Roździeńskiego jako człowieka i gospodarza własnej kuźnicy nie przedstawia nam się w najlepszym świetle, jako autor książki jest on wprost nieoceniony. Książka Roździeńskiego przez przeszło 300 lat była nieznaną i dopiero w najnowszym czasie dało się ją odnaleźć w bibliotece kapitulnej w Gnieźnie i wyciągnąć na światło dzienne. Narazie dał się tylko ten jeden egzemplarz odgrzebać i dlatego nazywać go musimy unikatem. Jest to poemat poważny, bo obejmujący przeszło 2040 wierszy, dzieło bardzo wielkiej wartości fachowej zawierające mnóstwo praktycznych i interesujących szczegółów. Żaden z dawniejszych autorów książek o hutnictwie nie może się równać z Roździeńskim, kuźnikiem rodzonym i zamiłowanym zawodowcem, żaden z nich o „gospodarstwie kuźniczem” tylu wiadomości opartych na doświadczeniu nie przekazał, żaden z taką biegłością o tych sprawach nie pisał. Książkę Roździeńskiego otwiera nieco rozwlekły wstęp zawierający wierzenia pogan w różnych bożków trudniących się i opiekujących się hutnictwem. Zasadnicza część utworu pochodzi już nie z naukowego podłoża, ale z przeżyć, doświadczeń i rozmyślań autora. I to właśnie decyduje o trwałej wartości książki. Tą prawdą przeżyć, jakby krwią żywą, zaczyna tętnić utwór Roździeńskiego z chwilą, kiedy od dziejów hutnictwa w obcych krainach przechodzi on na swój rodzinny Śląsk. Słuchamy go wtedy z rosnącą ciekawością, dowiadujemy się co krok szczegółów gdzieindziej nie zanotowanych; z opowieści wyłaniają się legendarne postacie najdawniejszych śląskich kuźników, przewijają się przez karty wątki podań hutniczych o Freszlu, odartym ze skóry przez szatana, o Szarleju, duchu kopalnianym, który ze zemsty za doznaną obrazę kopalnie kruszczu przy Bytomiu zatopił, o latawcach i ubożach (skarbnikach). A kiedy potem Roździeński od historii, powieści i legendy przechodzi do szczegółowego opisu gospodarstwa kuźniczego, kiedy jako rzetelny znawca praktyk w swoim zawodzie rozmiłowany kreśli tok pracy w hucie, kiedy przedstawia zajęcie dymarzy, kowali, koszytarzy i węgielników, wtedy jeszcze bliższym staje się czytelnikowi ten świat twardej pracy. Wyrasta przed oczami skąd inąd „nieznany kraj” utrwalony tutaj bez górnych literackich pretensyj, odtworzony z całą prostotą, powagą i przejęciem się dla hutniczej braci, głosi szlachectwo pracy, wynosi szarego górnika i hutnika z nizin zapomnienia i poniżenia.
Zróżnych stron można się temu utworowi przyglądać. Znajdzie się tu pole popisów dla literata, etnologa, lingwisty, mineraloga, historyka, geografa, ale i nie mniej dla takiego, który by chciał ówczesną kulturę poznać. Właśnie na ten ostatni punkt, zdaje się, jeszcze nikt uwagi nie zwrócił, a jednak „Officina ferraria” jest świetnym obrazem ówczesnej kultury. Czy Roździeński mówi o różnych praktykach robotników, jak oni w sprytny sposób potrafią choć tylko kawałek żelaza ukraść i ukryć go na miejscach niby tylko im znanych, aby go potem sprzedać, czy się rozwodzi nad tym, jak to po odkryciu rudy w okolicy Tarnowic ludzie zewsząd przybywali, nie postarali się wcale o wybudowanie nawet najprymitywniejszego domu, ale mieszkając pod gołym niebem, w lesie albo w norach darniem pokrytych, nie troszczyli się o żadne wygody życia, a pracowali, pracowali, aby się wzbogacić i tak w najwstrętniejszym świetle swojej chciwości nam się pokazują, czy nam opowiada o warunkach przyjęcia robotników do pracy jako kowali, dymarzy, węgielników, koszytarzy i o tym, jak im trzeba regularnie co sobotę zarobek wypłacać a prócz tego celem zachęcenia ich do bardziej wytężonej pracy dawać im „alternatim przyróbek” t. j. Dawać im na przemian począwszy od starszego jako by premie, czy nam rozprawia o założeniu miasta Tarnowskich Gór przez księcia Janusza Opolskiego, o przywileju nowego miasta odbywania sobotnich targów i o tym, jaka jest podaż i jaki popyt towarów na tych „wielkich” targach, jak nowe miasto w dostatkach „przechodzi wszystkie inne miasta Śląska” - zawsze jest on interesującym. Ciekawe są jego opowiadania o t. zw. Błędnych ognikach, które on z niemiecka dziwnym sposobem nazywa „Irrwisch” a nie jak dzisiaj „Irrlicht”; a szczególnie zajmujące jest jego wysławianie dobrych duchów, z których jedne t. zw. Virunculi montani czyli w dzisiejszym pojęciu krasnoludki z „górnikami cech trzymają” a drugie nazwane ubożami w nocy ze soboty na niedzielę do kuźnicy przychodzą i tam bezpłatnie „po całej nocy kowają. A skoro kur zaśpiewał abo świtać miało, Znikali i kowanie ono ustało”.
Jakżeż bardzo te virunculi montani i uboża Roździeńskiego są podobne do krasnoludków, o których my dzisiaj dzieciom opowiadamy a które nigdy człowiekowi nie szkodzą, ale zawsze są na jego usługach ! Te kilka wyjątków niechaj świadczą o wartości „Officinae ferrariae” jako nadzwyczaj cennego źródła do badania kultury XVI i XVII wieku i do porównania jej z dzisiejszym stanem.
Wracając teraz do osoby Walentego Roździeńskiego rozprawę zakończyć należy tym, że choć Salomonowa z kuźnikami roździeńskimi w roku 1613 była się pogodziła, to jednak nasz Roździeński prawdopodobnie dopiero po jej śmierci w roku 1614 do rodzinnych stron znowu wrócił, gdyż był tu silnymi niciami pokrewieństwa związany. Tu też pewnie żywota dokonał. Dokładnej daty jego śmierci nie znamy, ale przypuścić można, że nastąpiła ona przed rokiem 1622, bo w dokumencie Czerwonej Księgi z dnia 25 stycznia r. 1622 opisującym zakończenie pewnego sporu „sierotki” t. j. Jana Boguckiego „niekiedy kuźnika roździeńskiego” z plebanem mysłowickim ks. Goleniowskim, Walenty Roździeński wcale już nie jest wspomniany, co powinno być dowodem, ze w roku 1622 już nie żył, miał on zresztą wtedy też już przeszło 60 lat życia, a to życia dość burzliwego.






