1997

Górny Śląsk w opisach z drugiej połowy XIX w

 

W świadomości Polaków Górny Śląsk zajmował zawsze miejsce szczególne. Był w jakimś sensie bliski, a równocześnie ciągle nie dość poznany. Niedobór wiedzy o tej dzielnicy usiłowało uzupełnić wielu ludzi pióra wieku XVIII i XIX zarówno mieszkających na Górnym Śląsku, jak i pochodzących spoza niego. Pisano o nim różnie, a wydawane sądy oscylowały od skrajnie negatywnych (wspomina o nich J. G. Schummel w swej książce Reise durch Schlesien im Juli und August 1791) po wręcz entuzjastyczne.

 

Zadać można sobie pytanie, do których z tych opinii zakwalifikować można książkę O. A. Klaussmanna?

 

Ów odtworzony po latach reportaż z życia codziennego rozwijających się ośrodków przemysłowych pisany nie tylko z potrzeby serca, lecz w jakimś sensie także na zamówienie społeczne, jawić się może czytelnikowi jako zbyt wyidealizowany. Bo nawet, jeśli autor ucieka się gdzieniegdzie do przytyków i delikatnej ironii, w ostatecznym jednak osądzie Górny Śląsk i jego mieszkańcy nabierają cech absolutnie wiarygodnych, ludzi - mówiąc językiem potocznym - z krwi i kości.

 

Interesująca zatem byłaby swoista konfrontacja spojrzeć na tę problematykę. Doprowadzenie do niej staje się możliwe dzięki odzwierciedleniu w szeroko pojętym piśmiennictwie polskim wielu zjawisk i elementów życia codziennego tych terenów, zachowanych dzięki bezpośrednim korespondencjom wysyłanym do dzienników i czasopism, opisom odbytych przez Górny Śląsk podróży, syntetycznym charakterystykom dzielnicy.

 

Zachowane relacje nie są wprawdzie wyważonymi opisami profesjonalistów - historyków, lecz raczej subiektywnie ujętymi wrażeniami i odczuciami. Kształtowały jednak ówcześnie w świadomości narodu obraz tych ziem. Do „konfrontacji” wybrano teksty upowszechniane w prasie o zasięgu ogólnopolskim, a pochodzące z lat opisywanych przez O. A. Klaussmanna, tj. od roku 1856 do 1879. Przypomnieć jednak raz jeszcze należy, że „oswajanie się” z Górnym Śląskiem trwało już od ponad pól wieku, gdyż od takiego właśnie czasu ukazywały się na łamach prasy artykuły obrazujące życie owej „ziemi nie znanej”, przybliżające ją.

 

Powiększał się systematycznie krąg ludzi zainteresowanych tą odległą krainą, a Górny Śląsk, szczególnie w swej uprzemysłowionej części, nieodmiennie budził zainteresowanie, zaciekawiał i zadziwiał - nie tylko zresztą przybyszów spoza jego granic. Józef Lompa, piszący wprawdzie o problemach ówczesnej wsi, zafascynowany był rozwijającym się przemysłem, ową ziemią „czarnego” Śląska zamgloną oparami i dymami machin parowych, pełną bezużytecznych hałd i wysypisk, na których nawet po kilku stuleciach - jak pisał - „zbożorodne skiby się nie pojawią”, ale przecież zasobną w inne bogactwa mogące uszczęśliwić człowieka.

 

Gdy po prawie dwudziestu latach ponownie odwiedził wieś Siemianowice, bawiąc w 1854 roku na weselu syna, pisał: „Jest co widzieć i czemu się dziwić. Machiny huczą, głuszą, terkocą, trzaskają, świszczą, wyją, jęczą, parskają, charczą itd., a obok ruch ludzie w zawód pracują i znów jak machiny jeden drugiemu w kleszczach żelazo podaje, drugi w kleszcze chwyta itd., a wszystko jak pod niesłychaną wojskową komendę najporządniej milczkiem się dzieje”. Stwierdził także, że goście weselni mówili po polsku, a nawet językiem tym posługiwał się obecny tam majster Anglik. Najwięcej uwagi poświęcił powiatowi bytomskiemu, w którego granicach znajdował się cały prawie górnośląski okręg przemysłowy. W obliczu tak dynamicznego rozwoju jedynymi punktami odniesienia były dla Lompy zagraniczne ośrodki wielkoprzemysłowe: .Tu Górny Śląsk z Anglią w współzawodnictwo wstępuje[...]”.

 

Z właściwym sobie zamiłowaniem do konkretu dał nam *pochodzący z roku 1856) w miarę dokładny opis wędrówki po tym powiecie. Czytamy w nim m. in.: „[...] Bytom ma 5 000 ludności, ale blisko piąta część starozakonnych, trzy kościoły katolickie i jeden ewangelicki. Miasto wzmaga się od lat kilku przez handel i z dochodów dóbr ziemskich, które posiada, i pięknych lasów. Na gruncie tego znajdują się możne szachty węgielnego kamienia, przynoszące rocznego dochodu przeszło 100 000 talarów. Obecnie stawiają tam huty żelazne. We wsi Rozbarki, niegdyś przedmieściu Bytomia, jest kościół św. Jacka, a niedaleko stamtąd pokazują źródło, gdzie woda kamyczki dziurkowate wybija, bo tam, jako wieść niesie, św. Jacek przechodząc do Krakowa, sznury swego różańca rozsypał i rzekł: „rośnijcież aż do skończenia świata”. Na milę około Bytomia nie latają podobno sroki, bo gdy świętemu w czasie odmawiania brewiarza wrzaskiem swoim przeszkadzały, słowem swoim stamtąd je na zawsze wypędził.

 

Niedaleko od miasta wytryskuje czysty zdrój Kliczborn zwany, o którym już Długosz w dziejach Polski czynił wzmiankę. W Bytomiu i jego okolicy mówi lud najlepiej po polsku w całym Śląsku i zachowuje wiernie dawne obyczaje. Do dóbr miejskich należy wieś Wielka Dąbrówka z bogatymi pokładami kamiennego węgla.

 

Od kilku lat istnieje w Bytomiu instytut sióstr miłosiernych, które trudnią się opatrywaniem chorych. Podróżny niechaj tutejszego uczciwego proboszcza Szafranka, gorliwego obroniciela języka polskiego nie mija, którego godłem jest: „Macierzyńska mowa jest kluczem do wszelkiego moralnego i politycznego wychowania ludu”, co się zupełnie ze zdaniem Herdera, niemieckiego poety, zgadza. Kto swojej macierzystej mowy, kto wdzięcznych, świętych głosów swojej dziecinności odezwy napominającej rodziny swej nie kocha, ten nie jest godzien nazwy człowieka”. W mieście stoi od dawna garnizon ułanów, stajnie wojskowe schludne, a ujeżdżalnia kosztem kasy miejskiej wystawiona.

 

Na koniec wypada tutaj odwiedzić jeszcze nadsztygara Lisa, który własnym nakładem wydał trzy książki, tj. Zbiór modlitw i pieśni nabożnych na potrzebę górników, Kruszce srebrne w Bytomiu i Ćwiczenia pobożne w czasie Wielkiego Postu. Pokaże lis każdemu chętnie kilka podziwienia godnych machin, które do sto sążni z głębi wydobywają wodę, rano i wieczór o godzinie 6, usłyszy także gość w cekhauzie (cechowni - WK) do roboty podziemnej odchodzących górników, których pod jego zarządem i nadzorem ciągle do 1400 robotników stoi, oddających się w pobożnych pieniach opiece Boga i patronce ich św. Barbarze, a śpiew ich łagodniej serce jego wzruszy aniżeli najdobrańsza koncertowa orkiestra.

 

W ogrodzie probostwa św. Małgorzaty utrzymuje tu towarzystwo pomologiczne pod przewodnictwem ks. Szafranka i jego ogrodnika obszerną szkółkę, czyli po naszemu szczepnicę drzew owocowych. Niedaleko stąd jest miejsce, gdzie roku 1361 mieszczanie bytomscy oburzeni, że pleban od nich dziesięciny z mnogo naówczas wydobywanego srebra się domagał i jego samego i jego kapelana w stawie utopili. Skutkiem tego była 70 lat trwająca klątwa kościelna, za czym miasto bardzo podupadło i długo do swego kwitnącego stanu powrócić nie mogło.

 

Wychodząc z miasta, wstąpiłem do kościoła św. Ducha na gruncie szpitalnym stojącego, w ośmiobok wystawionego, na małym pagórku i na tym miejscu, gdzie roku 1298 Władysław Łokietek, król Polski, uciekając przed swoim przeciwnikiem do Władysława księcia opolskiego, z rotą swych wiernych nocował i gdy na tron powrócił, z wdzięczności ku Bogu tu kościół z drzewa wystawił, polecając opatowi miechowskiemu, aby proboszcz dóbr Chorzowa i Dębu, w pobliżu Bytomia, roku 1257 przez przodków jego klasztorowi miechowskiemu darowanych, z ich dochodów kościół ten utrzymywał. Obejrzawszy jeszcze w przeszłym roku wybudowany młyn parowy podziwiałem nadzwyczajny ruch tego miasta i jego okolicy, skąd się na wszystkie strony drogi żwirowe i koleje żelazne do pociągów konnych rozchodzą. Tysiąc fur spotyka się i krzyżuje ustawicznie, a turkot ich ani na chwilę nie ustaje. Jedne wożą węgle kamienne, drugie rudę, drzewo, cegłę, piasek, wapno, kamienie, cynk, zboże, mąkę, słomę, siano i różnorodne towary, za czym tysięcy innych próżno się rozjeżdża. Ku temu widzi się tu natłok wyrobników i rzemieślników z całego prawie Górnego Śląska, a nawet i od Namysłowa, za czym jeszcze siły pracujących nie wystarczają.

 

Ruda, cynk, ołów, węgle kamienne, glejta, cement, surowe i kute żelazo rozchodzą się z powiatu bytomskiego na wszystkie strony Śląska i w obce kraje, ale też tu niknie pod ziemią, dla utrzymania kopalni, miesięcznie tysiące sztuk budulcowego drzewa tak, że lasy pobliskie, a nawet i dalsze są już bardzo przetrzebione.

 

O milę od Bytomia ku południowi leży Królewska Huta. Tu to dopiero jest w hutach żelaznych wiele do oglądania, na co by osobnego i bardzo obszernego opisu potrzeba. Piece żelazne wyrabiają rocznie do 70 000 centn. surowego żelaza i przeszło 10 000 lanych kruszcowych wyrobów. Huta Lydognia (huta cynku przy hucie królewskiej - WK) dostarcza rocznie do 15 tysięcy cynku. Na wielką skalę założona cegielnia zatrudnia dziennie do 800 ludzi i dostarcza na całą okolicę bardzo mocnych cegieł. Na gruncie pobliskiej wsi Łagiewnik nie przestawają nigdy dymić wapienne piece. W Królewskiej Hucie mają ewangelicy od roku 1840 piękny kościół z dwiema wieżami, katolicy także mają swój kościół parafialny przed kilka laty wystawiony, wież jeszcze nie mający (chodzi o kościół św. Barbary wybudowany w 1852 roku - WK). Dla górników jest tu szpital na 100 chorych wystawiony, za czym i drugi w gustownym stylu w Bytomiu wystawiony, także tyleż chorych przyjmować może.

 

W dwóch miejscach ciągną się tu węgle kamienne, rocznie nad 24 tysiące skrzyń. Miejsce przyjemne jest, nieprzestannym dymem z hut zachmurzone, ale pomimo tego są tu piękne, po części żywymi płotami ogrodzone ogrody, za czym cmentarz ewangelicki prawdziwym kwiatowym ogrodem nazywać można.

 

Co tydzień we wtorki i soboty bywają tu znaczne targi i wtedy wielki natłok przedających i kupujących. I tu panuje zawsze najżwawszy ruch.

 

Co dwumiesięcznie odbywa tu towarzystwo gospodarczo-rolnicze powiatu bytomskiego swoje posiedzenia i co dwa lata konne wyścigi.

 

To wszystko zawdzięcza Królewska Huta założycielowi swemu hrabi i ministrowi Reden, któremu niedawno potomność pomnik okazały z żelaza wystawiła. Jak ważnym i zyskownym obecnie jest górnictwo Górnego Śląska można stąd uważać. Dawniej było górnośląskie żelazo tak źle osławione, że po zajęciu Śląska przez Fryderyka II nie wolno go było do innych pruskich prowincji wywozić, dlatego też lepsze żelazo musiało być do Śląska ze Szwecji sprowadzane. Roku 1777 posłano pierwsze 49 centnarów górnośląskiego żelaza w sztabach na próbę lepszej fabrykacji do Berlina. Po dziś dzień wyrabia pięć hutnictw królewskich, oprócz prywatnych właścicieli, w Górnym Śląsku, mianowicie na Królewskiej Hucie, w Paruszowicach w pow. rybnickim, w Glewicach, na Ozimku (Małapanew) i Zagwiździu (pow, opolski), kilkakroć tysięcy najlepszego żelaza.”

 

Tyle z relacji J. Lompy umieszczonych w czasopiśmie „Kronika Wiadomości Krajowych i Zagranicznych”.

 

Z roku 1859 pochodzi jeszcze inna, jego autorstwa (wydrukowana w roku 1860 w t. 38 „Roczników Gospodarstwa Krajowego”) poświęcona także problematyce przemysłowej części Górnego Śląska. Czytamy w niej m.in.: „[...] Kiedym roku 1836 przez wieś Siemianowice nad granicą za Bytomiem, w pobliżu miasta Czeladź przechodził, widziałem za wioską ku Mysłowicom w gęstym lesie ślady zagonów polnych. Powiadano mi, że tam niegdyś wieś była, lecz w trzydziestoletniej wojnie do szczętu zniszczona, odbudowaną nie została.

 

W kilka lat później wystawił na tym gruncie hrabia Henckel von Donnersmarck huty. Dziś liczy gmina Siemianowice z tą do niej przyległą kolonią przeszło 3 000 mieszkańców, ma dwie szkoły, aptekę, teatr, kilka sklepów kupieckich i wzrasta ciągle. Zachodzi już potrzeba rozdzielenia parafii i wybudowania nowego kościoła.

 

Przed czterdziestą laty było na Królewskiej Hucie, o 1 milę za Bytomiem, tylko kilkanaście domów. Dziś ich jest kilkaset, na gruntach trzech dominiów wystawionych, z kościołami: jednym katolickim, drugim protestanckim.

 

Przed trzydziestą laty Katowice były małą wioską, dziś tak pięknie jest zabudowana, że jej nad niejednym miastem pierwszeństwo dać można. Stoi tam już kościół ewangelicki, a wkrótce katolicki stanie.”

 

Inny opis miast okręgu przemysłowego - z roku 1862 - powstał jako rezultat podróży Władysława Ściborowskiego (lekarza krakowskiego) na tereny Górnego Śląska. Otrzymane tą drogą relacje o Mysłowicach, Katowicach, Bytomiu i Tarnowskich Górach umożliwiają konfrontację z relacjami O. A. Klaussmanna.

 

Oto fragmenty opisów Ściborowskiego: „[...] Miasteczko to (chodzi o Mysłowice -WK) dawniej niepozorne, zamieszkane po większej części przez Izraelitów, obecnie służy za punkt środkowy dla handlu i kolei żelaznej krakowskiej i górnośląskiej. Przed kilkunastu laty liczyło zaledwie 2 000 mieszkańców, ale gdy zaczęto stawiać dworzec i inne zabudowania kolei żelaznej, poczęło się powoli zaludniać i w ciągu lat sześciu niespełna zmieniło się nie do poznania, ludność wzrosła do 5 000 przeszło, wielu zamożniejszych obywateli pobudowało piękne domy, wystawiono cztery hotele, czyli domy gościnne itd. W rynku prawie wszystkie domy są murowane i piętrowe. Dziwnie od nich odbijał stary gmach rządowy zwany ratuszem, drewniany, gliną oblepiony z dachem pleśnią pokrytym i pochyloną wieżyczką, ale ten przed kilku laty zburzono i uprzątnięto.

 

Kościół parafialny murowany znacznej wielkości wybudowanym czy zupełnie odnowionym został na początku bieżącego stulecia i nosi wydatne cechy nowożytnej budowy, odznaczające się zwłaszcza w wieży czworobocznej wygięto spiczastym dachem zakończonej; wnętrze kościoła nie odznacza się niczym szczególnym, lubo jest porządne i starannie utrzymane (chodzi o kościół pw. Najświętszej Marii Panny pochodzący z końca XVI wieku - WK). Dochody kościelne są znaczne i proboszcz należy do majętniejszych obywateli miasta. Oprócz wymienionego kościoła jest jeszcze drugi mniejszy (kościół pw. św. Krzyża zbudowany w 1826 roku - WK) i synagoga żydowska, a budują kościół ewangelicki. [...] W Mysłowicach jako mieście handlowym znajduje się wiele sklepów oraz składów należących do kupców zagranicznych, którzy tutaj mają swoich komisantów i biura, czyli tak zwane kantory. Samo miasto jest własnością prywatną, dotychczas należało do ordynacji pp. Mieroszewskich, niedawno dopiero przeszło na własność bogatej dziedziczki panny Winckler, której ojciec z górnictwa dorobił się znacznego majątku. [...] Dla wygody robotników w hutach pracujących i górników są w Mysłowicach dwa szpitale, z tych jeden niedawno dopiero wystawiony może pomieścić 100 chorych, drugi mały szpitalik miejski służy do wygody ubogich mieszczan, przechodniów itd.

 

[...] Drugą stacją kolei żelaznej w Śląsku, jadąc od Krakowa, a pierwszą, jadąc z Królestwa Polskiego na Sosnowice są Katowice, wieś tylko, ale wyglądająca jak wcale niepoślednie miasteczko z wielu domami na piętro murowanymi i ładnym kościołem przed kilku laty wystawionym.

 

Jadąc koleją żelazną za Katowicami, następna stacja nazywa się Świętochłowice, skąd o pół mili leży znakomity zakład hutniczy Królewska Huta, a dalej miasteczko Bytom.

 

Bytom, miasteczko obwodowe większe od Mysłowic, porządnie zabudowane, ma trzy kościoły, z tych przy jednym jest klasztor sióstr miłosierdzia czyli szarytek. Jest i szkoła, szpital, fabryki sukna, fajansu itp. Tutaj w roku 1460 podpisanym został traktat pomiędzy Kazimierzem IV, królem polskim (z królem czeskim Jerzym z Podiebradu - WK). W tym mieście wychodził „Dziennik Górnośląski” w 1848 i 1849 i w tym czasie także wybrano tu posła polskiego (tj. ks. Józefa Szafranka - WK) na sejm berliński, który tam upominał się o prawa, które by język polski i narodowość polską Górnoślązaków szanowały.

 

Tarnowice, czyli Tarnowskie Góry, miasteczko nieco mniejsze od Bytomia, starożytne; niektóre domy noszą wyraźną cechę pochodzenia z wieku XVI i XVII. Ruch tu niewielki, cicho, spokojnie, kościół jest z jedną wysoką wieżą, więzienie obwodowe, dyrekcja i trybunał górniczy. Mieszkańców liczy do 4 000. W okolicy znajduje się wiele pięknych i rzadkich minerałów. Niegdyś, jak dawne książki wspominają, miały się znajdować kopalnie srebra (zapewne ołowiu, srebro w sobie zawierającego, podobnie jak w Olkuszu), lecz te dziś nie istnieją. Miasto prowadziło obszerny handel ołowiem, cynkiem i solą.

 

Historyczne wspomnienie: że tutaj w roku 1697 August II elektor saski wybrany na króla polskiego przyjmował posłów na jego spotkanie wysłanych, a następnego dnia w Piekarach, wiosce w pobliżu leżącej, złożywszy publiczne wyznanie wiary rzymskokatolickiej zaprzysiągł tzw. pacta conventa.

 

Piekary zasługują na wspomnienie i z tego względu, że do kościoła tutejszego, słynnego cudownym obrazem Bogarodzicy, corocznie przybywa mnóstwo pielgrzymów z całego Śląska na odpust.

 

Proboszczem tutejszym był ks. Ficek, niedawno zmarły zacny i światły kapłan i patriota polski, który wydawał tu pismo polskie i wiele książek drukował i kościół ze składek wybudował. Okolice w Śląsku Górnym inaczej zupełnie wyglądają niźli u nas. Nie znajdzie tam wiosek z walącymi się chatami, ze strzechami słomianymi na pół obdartymi, płotów przewracających się, ale wszędzie są większe lub mniejsze osady w pobliżu hut, kopalni z porządnymi domami murowanymi, pokrytymi blachą, wszędzie pełno grub, czyli otworów kopalni, już to galmanu, już rudy żelaznej, już znowu węgla. Każdemu wolno szukać tych kopalin, potrzebuje tylko wyrobić sobie pozwolenie od urzędu górniczego w Tarnowicach. W tym celu podaje się do zarządu prośbę z dołączeniem planu pola, na którym szukać zamyśla. Właściciel gruntu (jeżeli się poprzednio inaczej nie ułożył) nie ponosi żadnych kosztów, lecz po znalezieniu kopalin szukanych zwykle należy do połowy czystego zysku. Tego rodzaju przemysł, jeżeli idzie pomyślnie, czasem prowadzi do wielkiego majątku. I tak jeden z górników nazwiskiem Winckler (o którego córce jako właścicielce Mysłowic wyżej wspominaliśmy) przed czterdziestu laty zacząwszy szukać węgla z zapasem ledwie kilka tysięcy talarów wynoszącym, umierając pozostawił ogromny majątek: dobra Mysłowice, Katowice, Miechowice, kopalnie i gotowiznę, razem przeszło 60 milionów złotych polskich, a jedną kopalnię pod Bytomiem sprzedano za 80 000 talarów. Inni choć do takich majątków nie przyszli, zawsze zebrali sobie porządne kapitaliki, mogące im zapewnić na starość byt spokojny.”

 

W życiu okręgu przemysłowego zdecydowanym akcentem odbiło się powstanie styczniowe. Zagłębie Dąbrowskie znalazło się na krótki czas w rękach powstańców. Do oddziałów powstańczych dołączali również Ślązacy; szczególnie mieszkańcy terenów przygranicznych oraz dezerterzy i młodzież chcąca uniknąć służby wojskowej w armii pruskiej.

 

Z różnych zachowanych opisów przytoczymy tutaj fragmenty pamiętnika księdza Serafina Wojciecha Szulca będącego kapelanem w oddziale A. Kurowskiego. Oddział ten zorganizowany w Ojcowie wyzwolił tzw. trójkąt trzech cesarzy. Przyjrzyjmy się zatem zachowanym wspomnieniom.

 

„[...] Kurowski pomaszerował do Sosnowic. Moskale zabarykadowali się na dworcu kolei żelaznej i w przyległych budynkach. Po nocnym wśród deszczu pochodzie, nad rankiem 7 lutego stanął Kurowski w Sosnowicach i zaraz ustawił swój mały oddział w szyk bojowy. Kawaleria zajęła stanowisko pod zakryciem wagonów od strony zachodu, żeby uciekających Moskali do Prus nie puścić; dowódcą jej był Mięta, oficer z wojska austriackiego. [...] Kosynierów prowadził p. Teodor Cieszkowski.

 

Od południa zaatakowana Moskwa odpowiedziała z miejsc zakrytych gęstym gradem kul. Po dosyd długiej strzelaninie poszedł do szturmu Cieszkowski na czele kosynierów. Ugodzony nieprzyjacielską kulą w prawą rękę wyżej łokcia nie utracił przytomności, nie powiedział, że jest rannym, dopiero kiedy kosynierów aż do drzwi wśród gęstych strzałów doprowadził, kiedy drzwi wyrąbano, barykady zaczęto rozwalad i zupełnie na naszą stronę przeważyła się szala zwycięstwa, usiadł na pół omdlały i przytłumionym wyrzekł głosem: - Opatrzcie mi rękę bom ranny. […]

 

Żołnierzy moskiewskich padło niemało, reszta w popłochu przeszła na terytorium Górnego Śląska, prowincję polską, lecz do Prus należącą. Odgłos zwycięstwa wywołał nawet na Prusakach takie strachliwe wrażenie, że z Bytomia i innych bliskich granicy miast górnośląskich uwieźli kasy do Wrocławia. […]

 

Po odniesionym zwycięstwie zabrał Kurowski w Sosnowicach liczną, zdaje się około 80 000 rubli srebrnych, kasę moskiewską, tytuń i ołów, zaprowadził władze narodowe w imieniu Komitetu Centralnego jako tymczasowego rządu, polecił odtąd przykładać pieczęć polską na paszportach, wybierać cła dla kasy polskiej, a urządziwszy wszystko w myśli zaleconej mu z Warszawy podążył z wojskiem do Dąbrowy.[...]

 

Przez dwa dni pobytu w Dąbrowie oddział pułkownika Kurowskiego znacznie się powiększył. Władze w imieniu Rządu Narodowego zaprowadzone zostały, górnictwo wzięto w narodową administrację. […]

 

Gdy już wojsko powstańcze uszykowało się do wymarszu ku Ojcowiu, przyłączyła się kapela do oddziału, ja zaś przybrany w szaty kościelne z krzyżem w ręku przemówiłem do mieszkańców Dąbrowy, dziękując im w imieniu ojczyzny za gościnność, jaką okazali dla wojska i za przychylność dla sprawy narodowej. Rozpoczął się marsz z muzyką „Jeszcze Polska nie zginęła”. Ja szedłem na czele pieszo z krzyżem w ręku przez całą Dąbrowę. Dowódca na dzielnym i niespokojnym koniu, w bobrowej czapce, z długą, czarną brodą, wspaniale się przedstawiał. Ludność przypatrując się pięknemu pochodowi powstańczego oddziału, serdeczną, gorącą łzą nas żegnała. [...]”

 

Z innego, ciekawego opisu Górnego Śląska z roku 1866, autorstwa Władysława Bartkiewicza, warto przytoczyć fragment charakteryzujący samych jego mieszkańców: „Lud górnośląski jest w ogóle dorodny, regularnych rysów twarzy, wesoły, choć niezbyt żwawy, gościnny, ludzki i chętny do przysług. Dotąd zachował ubiór starożytny, właściwy sobie od wieków. Mężczyźni noszą sukmany, kapoty, kamzele i kapelusze, nie naśladując w niczym kolonistów. Kobiety mają gorsety sznurowane z przodu, spódniczki krótkie, wełniane lub perkalowe. Stosownie do pory, głowy zawiązane chustkami kolorowymi, a na nogach trzewiki i czerwone pończochy. Oryginalny, ale miły przedstawia widok gromadka takich kobiet, migających z daleka jaskrawymi czerwonymi pończoszkami, niby gąski na murawie.

 

Mowa Ślązaków wyróżnia się od naszej prawie tylko prowincjonalizmami i archaizmami, dawno już u nas zapomnianymi. Sąsiedni Kraków i Tatry ze swymi górami, a także Morawia mocno oddziaływują na tę okolicę.”

 

Opisy dotyczące bezpośrednio mieszkańców Górnego Śląska znajdują się także w listach z podróży etnograficznej po Śląsku Lucjana Malinowskiego, mającej miejsce w 1869 roku. Pod datą 7 czerwca pisał on: „Wczorajszy dzień, niedziela, ciekawy był dla mnie, gdyż masa okolicznego ludu w świątecznych, a więc typowych strojach, zbiera się do kościoła. Stąd pole do spostrzeżeń.

 

W Hutach Królewskich znaleźć można przedstawicieli wszystkich okolic Górnego Śląska, gdyż zarobki przy fabrykach zgromadzają ze wszystkich stron robotników. Spory kościółek, w stylu prostym, lecz dosyć ładnym, nie mógł pomieścić pobożnych. Pogoda była cudna, czerwcowa. Kazanie na cmentarzu. Kilkotysięczny tłum polskiego ludu w świetnych strojach, ksiądz mówił po polsku - wszystko to dziwne na mnie czyniło wrażenie. Zapomniałem, że się znajduję w prowincji, należącej do Związku północno-niemieckiego. [... ]

 

Po nabożeństwie wielu ludzi zachodziło do księgarni, jeszcze wyglądającej niezbyt okazale. Jedni brali „Katolika”, inni „Zwiastuna Górnośląskiego”; kupowali książki, prawie wyłącznie do nabożeństwa i płacili za nie nawet po dwa talary. […]

 

Pokazuje się, że o Śląsku miałem zupełnie fałszywe pojęcie, a zdaje mi się, że u nas wielu podziela to przekonanie. Sądziłem, że germanizacja idzie tu szybkim krokiem, że rząd używa wszelkich środków, aby żywioł polski wytępić. Tymczasem, według tego, co widzę, a więcej jeszcze, co słyszę od p. Miarki, rzeczy nie stoją tak źle. Już z wykazów statystycznych, wydzielonych mi łaskawie przez p. A. Mosbacha (historyk pracujący we Wrocławiu - WK) wnosić można, że zniemczenie po wsiach prawie wcale nie postępuje.”

 

Charakterystyki Górnoślązaków dokonuje L. Malinowski w kolejnej swej, równie interesującej i wartościowej pracy zatytułowanej: Zarysy życia ludowego na Śląsku, drukowanej w 1877 roku w numerach 2, 4 i 6 „Ateneum”. Pisze w niej m.in.: „Co się tyczy charakteru narodowego Ślązaków, to wszyscy, którzy kiedykolwiek pisali o Śląsku, nawet Niemcy, których przecie nie można posądzić o stronniczość pobłażliwą, wydają nader pochlebny sąd o cnotach domowych ludu śląskiego. W istocie, o ile sam mogłem przeświadczyć się w czasie trzechmiesięcznego pobytu na Śląsku, jak również opierając się na świadectwach miejscowego duchowieństwa, wyznać muszę, iż pochwały te nie są bynajmniej przesadzone. Jest to lud uczciwy, dobroduszny i łagodny. O wysokiej jego moralności społecznej świadczą najwymowniej kroniki sądowe. Nie słychać tu o kradzieżach, rabunkach, a cóż dopiero o rozbojach i morderstwach, o których słuchają tu jakby o powieściach z tysiąca i jednej nocy.

 

Głównym rysem charakteru Ślązaka jest rozwaga i umiarkowanie. Pracowitość, a z drugiej strony dobrobyt, ochraniają go od dzikich i gwałtownych namiętności. [...] Uczucie religijne ludności katolickiej na Śląsku jest nader silne, a duchowieństwo posiada tu wpływ wszechwładny. Pobożne pielgrzymki do miejsc cudownych nie ustają na Śląsku. Kilka razy do roku tłumy ludu śląskiego i z sąsiedniej Morawy udają się na Jasną Górę. Prócz tego na Górnym Śląsku wiele jest miejsc cudownych, do których gromadzi się lud na odpusty, jak do Niemieckich Piekar (okręg bytomski), gdzie jest cudowna Matka Boska, na Górę Świętej Anny (okręg kozielski), do Studzienki (Studzionka koło Pszczyny - WK), Ostroga i innych. Katolicy tutejsi częstokroć znaczne sumy ofiarowują na budowę kościołów i klasztorów. Niejeden siodłak sam własnym kosztem wznosi świątynię. [...]

 

W ostatnich lat dziesiątkach tłumy robotników ze wszystkich okolic Górnego Śląska i z dalszych poczęły gromadzić się na zarobki w okręgu bytomskim i gliwickim, gdzie przemysł górniczy i fabryczny ciągle się rozwija. Zbyt krótki czas przepędziłem w tych stronach, abym mógł ocenić, o ile byt klasy roboczej na fabrykach jest zapewniony. To jednak pewna, o ile sądzę, że rozwój przemyski górniczego i fabrycznego bynajmniej nie wpłynął korzystnie na polepszenie bytu ludności wiejskiej. Górnoślązacy nie posiadając specjalnego ukształtowania (wykształcenia - WK), ani też nie obdarzeni z natury zbytnią przedsiębiorczością, nie mogą wytrzymać konkurencji z Niemcami, którzy też wyłącznie zajmują wszystkie wyższe stanowiska przy fabrykach, pozostawiając miejscowej ludności jedynie ciężką robotę ręczną z nędznym wynagrodzeniem.

 

Tam jednak, gdzie ludność oddaje się rolnictwu, dobrobyt jest kwitnący i ogólny. I nic dziwnego, Ślązak od dzieciństwa przywykł do pracy, a stąd trudno spotkać człowieka, który by nie miał stałego zajęcia.[...]

 

Pożywienie Ślązaków jest obfite i zdrowe. Oto jest dieta Ślązaka: na śniadanie piją kawę z mlekiem i jedzą chleb z masłem. Kawa (kafej) nie jest tu zbytkowym napojem; na Śląsku Górnym piją ja powszechnie, nawet pachołki i dziewki. Obiad koło godziny pierwszej w południe składa się z polewki, mięsa i sałaty lub zsiadłego mleka z kartoflami i mięsa. Jedzą z jednej miski, gospodarz z rodziną i służbą razem. Koło godziny czwartej na podwieczorek (swaczyna, swaczyd znaczy jeść podwieczorek) dostają chleb z masłem i z wybornym serem. Wieczór kolacja gotowana. Chleb wszędzie jest biały, razowego nigdzie na Śląsku nie widziałem.[...]

 

W okręgu bytomskim ubiór mężczyzn jest taki, jak przyległych okolic Królestwa koło Będzina, różni się zaś wybitnie od odzieży mieszkańców innych okolic Śląska. Noszą tu kapelusze czarne, zajęcze z niskim denkiem i nadzwyczaj szerokimi skrzydłami. Za ubranie służy westa, rodzaj żupana bez rękawów z połami, granatowa z amarantowymi wyszywaniami koło guzików, guziki są mosiężne, małe, na jeden rząd. Na to wdziewają kamuzolę, to jest surdut także granatowy, z rękawami, trochę dłuższy od westy, amarantowo wyszywany koło guzików i kieszeni. Spodnie (galoty) obcisłe, łosiowe, w buty, których cholewy sięgają kolan. Ogół tego stroju wygląda dobrze. Ubiór kobiet w tym okręgu nie przedstawia nic wybitnego. Mężatki noszą czepce białe, z białymi wstążkami, odszytymi karbowaną listewką; wstążki te spływają po obu stronach na szyję i zataczają półkole, łącząc się z sobą na piersiach. Ubiór stanowi koszula zwykła, chustka lub kaftanik z rękawami (jakla) i spódnica z fartuchem kolorowym. W zachodnich okolicach okręgu bytomskiego kobiety w czasie robót w polu używają pasterskich kapeluszów z ogromnymi skrzydłami. Kapelusze bywają słomiane lub filcowe. [...]”

 

Zajrzyjmy jeszcze do opisów Adolfa Hytrka - księdza, publicysty pochodzącego z Obrowca na Opolszczyźnie. Jego opracowanie pt. Górny Śląsk pod względem obyczajów, języka i usposobienia ludności - pochodzące z roku 1877 (a opublikowane w 1879 roku w „Oświacie”) jest swoistym kompendium wiedzy o tym regionie. Zacytujemy tu jednak parę tylko fragmentów z niego pochodzących, gdyż ze względu na objętość przedmowy, zaprezentowanie całości tej pracy byłoby wręcz niemożliwe. Zainteresowanych odsyłam do oryginału, tutaj natomiast ograniczę się jedynie do zacytowania fragmentów dotyczących języka, oświaty i szkolnictwa, zatem zagadnień poruszanych także przez O. A. Klaussmanna.

 

„Język górnośląski mimo przeciwnych pozorów jest w gruncie czysto polskim. Mnóstwo wyrażeń, zwrotów, formy gramatyczne i składnia dowodzą, że to ten sam język, którego używano przed wiekami, w czasach oderwania Śląska od Polski. Późniejszy rozwój języka polskiego, zwłaszcza z najnowszych czasów, wcale prawie do Śląska nie dochodził, na miejscowy język nie wpływał. Obce języki, to jest czeski i niemiecki, większe nawet od polskiego ślady wpływu swego zostawiły, chociaż przyznać trzeba, że ten wpływ nie naruszył istotnego charakteru języka krajowego.

 

Z czeskiego języka przejęli Górnoślązacy pewną ilość wyrazów. I tak mówią: czeski zamiast trojak lub srebrny grosz, siodłak z czeskiego sedlak, zamiast gbur, szwarny zamiast piękny, roztomiły zamiast najmilszy, klin zamiast łono, poganka zamiast tatarka, pozór zamiast baczność itp. Z języka niemieckiego przejęto również wiele wyrazów, mianowicie nazwy dla przedmiotów znanych lub w nowszych czasach weszłych w życie. Tak np. kolej żelazną nazywają na Śląsku bana, co stąd poszło, że pierwsze koleje budowali tam Niemcy i nazywali ją swoim językiem Bahn. Lud, nie rozumiejąc właściwego znaczenia tego wyrazu, nie znając również właściwej nazwy nowego przedmiotu, nazwał go wyrazem niemieckim, który przepolszczył, dodając końcówkę a. […]

 

Germanizmy te w ogóle nie mają wielkiego znaczenia i rzec można, że czystość języka niewiele z ich powodu cierpi. Liczba ich jest znacznie mniejsza niż sobie zwykli ludzie wyobrażają, na dwóch lub trzech małych stronicach spisać można wszystkie. Dodać wreszcie należy, że ta liczba zmniejsza się ciągle skutkiem upowszechnienia się dzienników i książek, które wywierają wpływ ogromny na oczyszczenie języka między ludem.

 

A poznawszy bliżej ten język ludowy codziennego użytku, przekonujemy się z radością, że to ten sam język, którym przemawiają najpiękniejsze zabytki złotej epoki naszej literatury, język Kochanowskiego, Wujka i Skargi. I nie dziwić się temu, bo Psałterz Dawidowy Kochanowskiego doskonale jest tu znany, Żywoty świętych Skargi niemal w każdej znajdują się chacie. Książki, pisane stylem tych dawnych pomników, spotykają u ludu śląskiego największą sympatię. „To przecież po polsku” - mówi on, czytając je z radością. [...]

 

Jeżeli lud górnośląski bardzo niedokładnie z nowszą literaturą polską jest obznajomiony, jeżeli nieraz obce mu są najznakomitsze i najgłośniejsze naszych pisarzy imiona - dziwić się temu prawie niepodobna. Wszakżeż to samo przyznać trzeba o ludzie polskim innych dzielnic, a niestety nie o wszystkich powiedzieć można to, co o górnośląskim, że ma swoją własną literaturę, którą zna, kocha, swoich własnych pisarzy, których zna i szanuje, że ta literatura i ci pisarze, chociaż nie noszą znamion genialności, nie promieniują w blasku szerokiej sławy, mają dwie ważne zalety: serdeczny, gorący patriotyzm i praktyczną użyteczność. [...]

 

Niektórzy z pisarzy górnośląskich potrafili zdobyć sobie uznanie nawet poza granicami własnej prowincji. Pierwsze miejsce między tymi zajmuje śp. Józef Lompa, nauczyciel z Lubszy, wielce zasłużony i niezmordowany pracownik, który sam jeden wydał 53 dziełek ludowych. Znaczna spomiędzy nich liczba trafiła tak wybornie do pojęcia i potrzeb ludu, że dziś w całej Polsce są znane, wszędzie przez lud polski z przyjemnością i pożytkiem czytane. Drugim, bardzo na tym polu zasłużonym, jest świątobliwy fundator kościoła piekarskiego ks. kanonik Ficek, który oprócz wielu dziełek wydawał „Tygodnik Mariański”. Teodor Henczek wydawał przez dwa lata wyborne pisemko pt. „Zwiastun Górnośląski”, który z wielką szkodą przestał wychodzić po śmierci swego założyciela. Ks. Hugo Stabik z Michałkowie wydał obszerny pamiętnik pielgrzymki do Rzymu, a dr Haase w Wołczynie wyborny zbiór wierszy żartobliwych, wyśmiewających psowanie języka ojczystego przez wtrącanie wyrazów niemieckich, dziełko bardzo popularne i upowszechnione. Dr Roger, lekarz na dworze ks. Raciborskiego, wydał zbiór pieśni górnośląskich z melodiami, popełnił jednak ten błąd, że niezbyt szczęśliwie wygładzał i poprawiał piosenki, zacierając ich pierwotny charakter. Dziełko też jego nie znalazło wcale między ludem upowszechnienia. W najnowszym czasie rozpoczął na szerszą skalę wydawnictwo dziełek ludowych Karol Miarka, były nauczyciel w Pielgrzymowicach. Zna on doskonale lud górnośląski i umie tak wybornie trafić do jego wyobraźni i zamiłowao, że dziełka Miarki znalazły niezmierne upowszechnienie. [...]

 

Bardzo upowszechnione między ludem są piękne pieśni i wiersze Józefa Stokowy, podeszłego już wiekiem organisty w Chorzowie, pieśni kolędowe ks. Marksa z Grzędzina, wiersze ks. Damrota, a przed innymi Juliusza Ligonia z Królewskiej Huty. [...] Bardzo ważną część literatury górnośląskiej stanowią pieśni ludowe. W czasie wieczorów zimowych brzmią nimi chaty, wiosną i latem słyszysz je po wszystkich wsiach. […]

 

Co się tyczy ogólnego stanu oświaty na Górnym Śląsku z chlubą, a bez przesady można zapisać w tej mierze najpiękniejsze świadectwa. [...] Lud z wielką ciekawością nie tylko czyta nowiny bieżące, wiadomości polityczne, ale domaga się o nich pewnego wyrozumowanego zdania. Z zamiłowaniem rozczytuje się w rozprawach historycznych i rzeczach naukowych. Obok dzienników zakupuje chętnie książki, tak że zbiór książek rozmaitej treści jest w wiejskich chatach górnośląskich nie wyjątkiem wcale lub iluzją, lecz co dzień częściej spotykaną rzeczywistością. [...] Lud górnośląski bardzo chętnie chwyta się pióra. Redaktorowie pism miejscowych otrzymują zawsze mnóstwo korespondencji i innych prac nadsyłanych przez włościan z rozmaitych okolic, z których, dla braku miejsca, zaledwie część może być użyta. [...]

 

Znany jest dzisiaj system rządu pruskiego, który z brutalną srogością wyrugował język polski ze szkół elementarnych. W szkołach miejskich, w gimnazjach i wszystkich wyższych zakładach naukowych uczono już od dawna tylko po niemiecku, ale w ludowych szkołach dopiero od kilku lat zaprowadzono język niemiecki. Przedtem uczono w nich po polsku, języka niemieckiego uczono tylko jako przedmiotu obowiązkowego, a skutkiem tego był właśnie ogromny wzrost oświaty ludowej.

 

Opuszczając szkołę, umiało dziecko czytać i nieco pisać po niemiecku, ale wszystkich innych nauk, udzielanych po polsku, jak religii, geografii, historii, fizyki itp. zbierało na całe życie zapas niepośledni. Dzieci garnęły się do nauki z niesłychaną ochotą, rodzice wszelkimi sposobami podniecali ten zapał, a statystyka rządowa wykazywała, że na Górnym Śląsku nie znajduje się nawet 3% ludności nie umiejącej czytać i pisać.

 

Dziś wpływ szkoły publicznej, mimo przymusu szkolnego, zmienił się i zmalał. Dziecko przychodzące do szkoły nic po niemiecku nie umie, a tymczasem uczą go wszystkiego w tym języku. Skutek jest ten, że dziecko uczy się niechętnie, mechanicznie, nie rozumiejąc wykładu, że tę naukę uważa za tortury umysłowe, z niecierpliwością końca jej wygląda i wszelkimi sposobami uchylić się od niej stara. A jeżeli z tej szkoły dużo mniej niż dawniejszymi czasy wynosi wiadomości i korzyści, za to wynosi z niej większą niż dawniej i gorętszą nienawiść do niemczyzny, do tego języka, za który liczne otrzymało kary, do tego Niemca nauczyciela, uosobienia nienawistnego żywiołu. [...]”

 

Problem oświaty na Górnym Śląsku zwrócił też uwagę Teodora Jeske-Choioskiego, który w 1879 roku w swych Listach ze Śląska pisał m.in.: „Stan oświaty Górnego Śląska stoi na równi z postępem dokonanym w innych wschodnich prowincjach wielkiego państwa niemieckiego. Okręgi rejencyjne: królewiecki, gąbiński, gdański, kwidzyński, poznański, bydgoski i górnośląski (opolski) mają wedle danych statystycznych z 1871 roku najmniej ludności czytającej i piszącej. [...] Niemieccy pedagodzy szukają powodów tego zaniedbania szkolnictwa górnośląskiego. Tendencyjnie piszący Niemcy twierdzą, że głupota śląskiego ludu jest powodem obojętności jego dla nauki.

 

Głupim lud śląski nie jest, jak żaden ze szczepów słowiańskich; wiemy o tym wszyscy dobrze. Wiedzą o tym i radcy rejencyjni objeżdżający od czasu do czasu szkółki wiejskie dla rewizji. Radca Ulrych np. załamywał nieraz ręce na konferencjach rejencyjnych, kiedy mu przychodziło raportować o szkołach śląskich. Z niechęcią, z bólem jako Niemiec przyznawał, że polskie dzieci przewyższają niemieckie bystrością i rzutkością umysłu. Miedzy akademikami wrocławskimi jest wielka ilość uczących się synów wieśniaków z Górnego Śląska, którzy corocznie nagrody odbierają za opracowanie tematów, za tzw. Preisen aufgaben (praca konkursowa - WK). Dwaj nieboszczycy, byli radcy szkolni, a później biskupi sufragani wrocławscy, ks. ks. Latussek i Bogedain, składali jak najkorzystniejsze świadectwa o pojętności Górnoślązaków. W szkołach wyższych są dzieci te najlepszymi matematykami.

 

Są inne powody, które wpłynęły na urobienie wyżej podanych dat statystycznych. Pierwszym będzie ubóstwo ludu w okręgu przemysłowym, które nie znosi straty czasu choćby dziecka. Synek ubogiego górnika musi przynajmniej na chleb zjedzony zarobić, więc nie ma czasu do odwiedzenia szkoły. A drugi powód? No, wykładowym językiem Śląska jest od dawien dawna język niemiecki, a przecież językiem tym nie mówi górnośląski chłop w domu. Reszty łatwo się domyśleć...”

 

Na tym fragmencie listów Jeske-Choińskiego w zasadzie można zakończyć naszą „konfrontację”. Na roku 1879 bowiem także O. A. Klaussmann kończy opis swego dzieciństwa i młodości, by kontynuować go po z górą trzydziestu latach, ukazując już zgoła inny wizerunek tych ziem.

 

Odkrywanie i objaśnianie ziemi śląskiej rozpoczęte w wieku minionym nie zostało zakończone do dzisiaj. Śląsk, a szczególnie Górny, pozostaje wciąż krainą nie do końca poznaną, czekającą na naukowo ujętą, obiektywną prawdę, która uzupełniłaby obraz stworzony w dziewiętnastym stuleciu oraz na przełomie wieków.

 

Wiesława Korzeniowska

 

Muzeum Historii Katowic

 

„Górny Śląsk przed laty”