2003
Czaszkę damy Sułkowskim
Bielska Prokuratura zakończyła wczoraj śledztwo w sprawie kradzieży czaszki z zamku Sułkowskich w Bielsku. O sprawie piszemy od stycznia. Wtedy to zadzwonił do nas Jerzy Lewczyński. Prosił, byśmy pomogli mu oddać czaszkę do zamku. Lewczyński twierdzi, że w latach 40. wyjęli ją z trumny księżnej Ludwiki Sułkowskiej jego koledzy.
Iwona Bugajska: Dlaczego zakończyliście śledztwo?
Jolanta Wróbel, prokurator z Bielska: Bo mieliśmy ustalić, czy kradzież i zbezczeszczenie grobu uległy przedawnieniu. Uznaliśmy, że tak.
O tym, że przestępstwo uległo przedawnieniu, mówiła Pani już w styczniu, a mimo to w lutym wysłaliście czaszkę na badania antropologiczne do Krakowa.
- Bo naprawdę chcieliśmy ustalić, do kogo należała. Wykazaliśmy dużo dobrej woli.
Nie szkoda Wam w pół drogi przerywać śledztwo? Mogliśmy się dowiedzieć, czy czaszka rzeczywiście należała do księżnej Ludwiki Sułkowskiej. Przecież poszły na to publiczne pieniądze.
- Właśnie ze względu na pieniądze zakończyliśmy je. Dalsze badania DNA w Poznaniu kosztowałyby ok. 7 tys. zł. Nie mamy na to pieniędzy.
Co teraz stanie się z czaszką?
- Chcemy napisać do rodziny Sułkowskich do Paryża i zaproponować jej przejęcie czaszki. Istnieje taka możliwość. Wtedy oni będą decydować o ewentualnym pochowaniu jej czy badaniu. Za badania oczywiście będą płacić. Na podjęcie decyzji dajemy im trzy miesiące. Jeśli nie odezwą się albo nie zgodzą, czaszkę pochowamy na komunalnym cmentarzu.
Rozgryzą czaszkę
Czaszka ukradziona ponad pół wieku temu z bielskiego Zamku Sułkowskich trafi jutro na badania do krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych
Iwona Bugajska: Co czeka teraz czaszkę?
Aleksander Głazek, dyrektor krakowskiego Instytutu Badań Sądowych: Przeprowadzimy całe spektrum badań, bo tak zleciła nam bielska prokuratura. Poznamy wiek kości, a więc czas, kiedy ta osoba żyła, a potem zmarła. Określimy płeć i rasę. Przyjrzymy się wszystkim cechom charakterystycznym, symetrii kości, uszkodzeniom. Wreszcie odtworzymy jej wygląd. Możliwe, że dowiemy się, jakie przebyła choroby i jak zmarła.
Ile potrwa badanie?
- Nie wiem, bo nie widziałem tej czaszki.
Ile to będzie kosztować bielską prokuraturę?
- Nic. Płaci Ministerstwo Sprawiedliwości, skąd dostajemy pieniądze na takie badania.
Kłopoty z czaszką
Odebrałam telefon: - Nazywam się Jerzy Lewczyński. Stary jestem. Chcę uporządkować sprawy. Od 1974 roku mam w domu czaszkę księżnej Ludwiki Sułkowskiej, która mieszkała kiedyś na zamku w Bielsku. Chcę ją oddać na zamek, gdzie jej miejsce, ale się boję. Niech pani zrobi to za mnie. Proszę
Pojechałam na gliwickie blokowisko. Jerzy Lewczyński, znany fotograf, wyciąga z szafy białą doniczkę. Z naczynia patrzy na mnie bezzębna czaszka. Pan Lewczyński wyjaśnia: - Miałem kolegę plastyka, który w 1974 roku wyemigrował do Australii. Przed wyjazdem zrobił dla mnie paczkę. "Masz tam ołówki, bloki. Przydadzą ci się" - powiedział.
Nie otwierałem paczki przez kilka dni. Gdy w końcu do niej zajrzałem, niemal zemdlałem. W paczce była ludzka czaszka. Zadzwoniłem do kolegi. Chłopie, czyja ona jest!? "Księżnej Sułkowskiej" - odpowiedział.
Od Napoleona po Dumasa
Czytam o Sułkowskich. Ludwika była córką barona Karola Larysza, właściciela kopalń. Gdy w wieku 16 lat została żoną księcia Jana Sułkowskiego, weszła do rodziny zaliczanej niegdyś do dziesięciu najbogatszych rodów Europy.
Ludwika i Jan przyjaźnili się z największymi tego świata. Od Napoleona po Dumasa. Mimo to Ludwika nie była szczęśliwa, bo Jan jej nie kochał. Byli długo bezdzietni, więc adoptował, a właściwie kupił sobie, trzech synów (dwóch z nich zmarło, trzeci - już po narodzinach naturalnych synów Ludwika i Maksymiliana - został oddany do klasztoru). Gdy Ludwika wreszcie zaszła w ciążę, książę uznał, że go zdradziła, i próbował ją wypędzić.
Jest 3 marca 1848 roku, dwór w Słupnej koło Mysłowic. 58-letnia księżna Ludwika Sułkowska śpi. Budzi ją hałas. Stoi przed nią Franke, przyjaciel jej młodszego syna, księcia Maksymiliana, a szwagier jego kochanki, Flory. Mierzy do księżnej z pistoletu. Młodzi zaplanowali morderstwo, bo chcieli zagarnąć jej majątek. Kula trafia księżną w pierś. Pochowano ją w Słupnej, a po latach Ludwik, starszy syn, ściągnął trumnę na zamek w Bielsku.
Grzechy młodości
Kwiecień 1947 roku, Bielsko. Przyjaciel Lewczyńskiego uczy się w liceum plastycznym, które po wojnie mieści się na zamku w Bielsku. Chłopców trzymają się żarty. Pewnej nocy schodzą do krypty. Otwierają trumnę. Na wieku napis: Luise Fuerstin Sułkowski. Z trumny zabierają czaszkę.
Lewczyński błaga: - Uwierzcie w tę historię. Kolega z Australii jej nie potwierdzi, bo już nie żyje. Ale niech pani zapyta pana J. On też był w krypcie.
J., emerytowany nauczyciel z Wodzisławia, nie zgadza się na ujawnienie nazwiska. Niedawno przeszedł operację krtani, więc na pytania odpowiada na kartce: "My tylko podnieśliśmy czaszkę z podłogi. To Rosjanie wcześniej otwarli kryptę i trumny".
Włóż mi ją do trumny
Jerzy Lewczyński ponagla mnie telefonicznie. Chce, żebym natychmiast przyjechała po czaszkę.
- Nie jestem już młody, coraz gorzej się czuję. Wszystko może mi się przydarzyć. Przecież nie zostawię jej rodzinie - prosi.
Na zamek nie pojedzie. W końcu przyznaje, że był już tam raz. Dwa lata temu chciał oddać szczątki, ale stchórzył. Potem próbował zakopać czaszkę na jednym z gliwickich cmentarzy, ale ktoś go zobaczył. - Mógł wezwać policję - tłumaczy Lewczyński.
Zrezygnowany wrócił do domu i powiedział żonie: - Włóż mi ją do trumny.
- Ktoś otworzy trumnę, zobaczy dwie czaszki i będzie pytał, kogo zamordowałam. Nie ma mowy! - zaprotestowała żona.
Jerzy Lewczyński pomyślał jeszcze, że wyśle czaszkę na zamek pocztą, ale uznał, że to nie po męsku.
Zamek nie chce nas widzieć
Pan Lewczyński decyduje się wreszcie, że pojedzie na zamek, pod warunkiem że mu nic nie zrobią. Gdy prokurator rejonowy z Bielska Janusz Jaros zapewnia, że po tylu latach zbezczeszczenie grobu uległo przedawnieniu, fotografowi spada kamień z serca.
Ustalamy termin wizyty na zamku. Przyjmie nas Iwona Purzycka, dyrektorka zamkowego muzeum. Rozmyśla się jednak. Zamek odwołuje spotkanie. Nie chcą widzieć nas i czaszki.
- Co mam z nią zrobić? Postawić ją sobie na biurku czy może trzymać w szafie? - denerwuje się dyrektorka.
Upieram się, że i tak przyjedziemy.
Pan Lewczyński żegna się z czaszką
Pan Lewczyński kupuje w kwiaciarni czerwoną różę i czarną wstążkę z napisem "Ostatnie pożegnanie". Przewiązuje nią donicę, odmawia "Wieczne odpoczywanie". Wreszcie wkłada donicę do plastikowej reklamówki w kwiaty. Możemy jechać.
Dyrektorki nie ma. Rozchorowała się, ale czeka na nas Wojciech Glądys, wicedyrektor muzeum. Obok niego trzech policjantów. Glądys oznajmia, że czaszki nie bierze. Ma listę wymówek: - Trzeba ją zbadać. Kto za to zapłaci? Wejdę do krypty Sułkowskich, a krewni oskarżą mnie, że bezczeszczę groby. Dziś wezmę jedną czaszkę, a jutro ktoś podaruje mi trzy.
Lewczyński nie wytrzymuje: - Jesteście historykami! Nie interesuje was rozwiązanie tej zagadki?! Ja z czaszką do domu nie wracam. Najwyżej zostawię na portierni.
Reagują policjanci: - Pan nie rozumie, że przywiózł trupa w siatce?! Jedziemy na przesłuchanie na komisariat. Czaszka ląduje w policyjnej szafie pancernej, a sprawę przejmuje Jolanta Wróbel z Prokuratury Rejonowej w Bielsku. Wszczyna dochodzenie z art. 262, par. 2 o znieważenie zwłok ludzkich. Postanawia, że czaszkę będzie badał krakowski Instytut Ekspertyz Sądowych.
Na pewno arystokratka
Andrzejowi Czubakowi, antropologowi z Instytutu Ekspertyz Sądowych, nie udaje się ustalić daty śmierci kobiety, do której należy czaszka. Określa jedynie, w jakim wieku zmarła. Miała ok. 55 lat. Czubak wie też, jak wyglądała. - Była brunetką o ciemnych oczach. Musiała być wysoka, bo czaszka jest duża. Przykładałem ją do głów wysokich koleżanek i rozmiarami pasowała - mówi. - Z całą pewnością była arystokratką. Miała załamany garbaty nos.
Andrzej Czubak przygląda się portretom Ludwika Sułkowskiego, syna księżnej, i Karola Larysza, jej brata, które udało nam się zdobyć. - Na oko widać podobieństwo, ale na oko to nawet fartuszka się nie uszyje. Pewność dałby test DNA, ale prokuratura o to nie wystąpiła.
Badanie DNA, jak mówi Czubak, jest proste i trwa jeden dzień. - Jedną próbkę uzyskamy z kawałka zmielonej czaszki, druga to ślina od potomka księżnej, najlepiej z linii żeńskiej. Mógłby też spróbować na sporządzony przez siebie wizerunek księżnej nałożyć jej portret, ale najpierw trzeba go znaleźć.
Znajduję Sułkowskiego w Paryżu
Prokurator Jaros składa mi propozycję: - A może znajdzie nam pani jakiegoś Sułkowskiego i portret Ludwiki? Zrobi to pani dwa razy szybciej niż my.
Ryszard Kincel, historyk mieszkający w Raciborzu (napisał książkę o Janie Sułkowskim, mężu Ludwiki): - Portret? Trzy lata szukałem. Nigdzie nie ma.
Pan Kincel zna jednak krewnego Ludwiki. Kiedy 30 lat temu zbierał materiały do książki, korespondował z księciem Alexandrem Sułkowskim z Wiednia. Niestety, zgubił jego adres.
O Alexandrze Sułkowskim wiem, że ma 63 lata i jest właścicielem warsztatu samochodowego. Pytam o niego w austriackiej informacji telefonicznej. Telefonistka: - W Wiedniu żaden Sułkowski ani Sulkowsky nie mieszka.
Irena Lipowicz, ambasador, delikatnie odmawia pomocy: - Tu jest jeszcze szczelniejsza ochrona danych osobowych niż w Polsce.
W internecie znajduję Hubertusa Sułkowskiego, prawnika z Paryża.
Wysyłam maila: - Czy pan jest członkiem książęcej rodziny Sułkowskich z Bielska?
Odpowiedź: - Tak.
Opisuję Sułkowskiemu historię czaszki. Czy zgodzi się na podanie adresu prokuratorowi i da odrobinę śliny? Odpisuje, że nic nie wie o zamordowaniu swojej praprababki i o kradzieży czaszki. Chętnie będzie współpracował z prokuraturą. Zasypuje mnie pytaniami: - Czy to prawda, że brat mojego dziadka dla ratowania majątku kolaborował z Niemcami? Co z naszymi zamkami?
Wysyłam panu Sułkowskiemu z Paryża portret Ludwiki namalowany ręką Czubaka. Zaraz odpisał: "Wydaje mi się, że Ludwika była ładniejsza". Przysyła mi rodzinne zdjęcia. Rzeczywiście, Ludwika nie była szpetna.
Informuję prokuraturę, że mam zdjęcia Ludwiki. Prokurator Janusz Jaros już ich nie potrzebuje: - Koniec śledztwa. Mamy tu tysiące spraw, a ta wcale nie jest priorytetowa.
Przełożony nie poinformował jednak prokurator Jolanty Wróbel o zamknięciu śledztwa, więc ta prowadzi je dalej. Chce zobaczyć zdjęcia. - Wyślę je do poznańskiego Zakładu Medycyny Sądowej przy Akademii Medycznej, gdzie właśnie czaszka trafiła - informuje mnie. - Musiałam ją tam wysłać, bo krakowski Instytut nie chciał jej dalej badać - tłumaczy.
Cztery piece i podłoga
Materiały, które dostałam od Sułkowskiego, obiecuję przekazać zamkowi. W zamian proszę o kopie zdjęć z ich archiwum. Chcę zrewanżować się Sułkowskiemu. Dyrektor Purzycka denerwuje się: - Mam za darmo przekazać mu zdjęcia?! On chyba do biednych nie należy? Mógłby coś dać na zamek. A wie pani, że oni, jak uciekali, to w zamku zostawili cztery piece i podłogę? Możemy przyjąć te zdjęcia albo nie. Niewiele wniosą nowego.
Ale gdzie jest czaszka? Nie dotarła do Zakładu Medycyny Sądowej w Poznaniu. W poznańskiej prokuraturze, która, zdaniem Jolanty Wróbel, miała pośredniczyć w jej przekazaniu, o sprawie nigdy nie słyszeli. Okazuje się, że czaszka w ogóle nie wyjechała z Bielska. Jest ciągle w depozycie prokuratury.
Jolanta Wróbel podejmuje decyzję, że czaszka nie będzie więcej badana. - W Poznaniu wycenili, że ustalanie wieku czaszki i badanie DNA będzie nas kosztowało 7 tys. zł - mówi. - Nie mamy pieniędzy. Już dawno zrobiliśmy, co do nas należało. Ustaliliśmy, że kradzież czaszki i zbezczeszczenie grobu uległy przedawnieniu. A tak w ogóle to mam żal, że ludzie z zamku nie wykazali żadnego zainteresowania sprawą.
Pani Wróbel ma jednak pewien pomysł. - Napisałam do pana Sułkowskiego w Paryżu, żeby przejął czaszkę. Czeka na niego w prokuratorskim depozycie do 13 grudnia. Jak stanie się jej właścicielem, będzie płacić za badania, może decydować, gdzie i jak ją badać. A jak nie, to każę czaszkę pochować na cmentarzu komunalnym.
Pytam pana Sułkowskiego, co on na to. Mailuje, że nie dostał żadnego listu od prokuratury.
Sułkowski pisze więc do prokurator Wróbel: czaszka powinna spocząć w krypcie.
Pani prokurator odpisuje: pan źle zrozumiał list. Proszę przejąć czaszkę i zapłacić za badania.
Dzwonię do Ministerstwa Kultury. Może ma jakąś radę? Ministerstwo: można by zrezygnować z badań i otworzyć kryptę, ale musiałby się zgodzić marszałek województwa.
Urząd marszałkowski: niech wpłynie pismo od Sułkowskiego. Zbierze się zarząd, zastanowimy się.
Co na to wszystko pan Lewczyński? - Ja chciałem tylko, żeby kości księżnej zaznały spokoju. A tu wygląda, że spokój ona miała u mnie.
Oddam czaszkę
Wyjęli ją z trumny uczniowie liceum. Potem 40 lat przeleżała schowana w doniczce. Teraz mieszkaniec Gliwic chce ją oddać na zamek w Bielsku, skąd została skradziona. Ale pojawiły się spore problemy
PanL. wyjmuje z szafy kartonowe pudełko, a z niego wyciąga donicę z pożółkłą czaszką. Twierdzi, że dostał ją 40 lat temu. - Znajomy wyjeżdżał do Australii i zapakował mi rzeczy, których nie zabierał za morze. Wziąłem paczkę do domu. Gdy ją otworzyłem, prawie zemdlałem - opowiada L. W paczce obok ołówków i bloków leżała czaszka. - Zadzwoniłem do kolegi, a on opowiedział mi historię mrożącą krew w żyłach.
W latach 50. kolega L. był uczniem Liceum Plastycznego w Bielsku, które mieściło się na Zamku Sułkowskich. W wolnych chwilach chłopcy bawili się w archeologów. Kiedyś weszli do przyzamkowej krypty i skradli czaszkę. - Kolega opowiadał, że na trumnie, skąd ją zabrali, napisano "Luiza" [być może chodzi o księżną Luizę Sułkowską - przyp. red.] - mówi L. i daje nam nazwisko innego kolegi, który też bawił się w archeologa w bielskiej krypcie.
Starszy pan mieszka dziś pod Rybnikiem: - To Rosjanie otwarli kryptę i trumny. Myśmy tylko podnieśli czaszkę z podłogi. Dla celów dydaktycznych.
Kiedy panu spod Rybnika opowiadamy o oddaniu czaszki na zamek, mówi: - Zwróćcie ją koniecznie.
L. też chce czaszkę zwrócić. Mówi, że jest stary i "zaczyna zamykać niezakończone sprawy". Dlatego już raz próbował ją oddać. Pojechał z nią do Bielska: - Ale był tam taki nerwowy dyrektor, więc wziąłem nogi za pas.
Potem L. planował zakopanie czaszki na cmentarzu, ale bał się, że ktoś go zobaczy i wezwie policję. W końcu postanowił, że żona włoży mu ją do trumny, ale ona powiedziała: "nie".
Na zamku w Bielsku słyszano historię o skradzionej czaszce. - Krążą tu opowieści, że zabrali ją uczniowie. Robili sobie przy niej imprezy - mówi Iwona Purzycka, dyrektorka muzeum na zamku.
Purzycka nie potrafi powiedzieć, czyja to może być czaszka, bo już dawno nikt nie wchodził do krypty. Niedługo wszystko się wyjaśni, bo rozpoczną tu prace archeolodzy. - Czaszkę chętnie przyjmę, ale muszą być przy tym policjant i ktoś z sanepidu. Przecież na zamku nie może pojawić się czaszka nie wiadomo skąd.
Kiedy właściciel czaszki usłyszał od nas o policji, wystraszył się: - Chyba wyślę ją pocztą.
- Jeśli zdarzenie rzeczywiście miało miejsce tyle lat temu, to kradzież i zbezczeszczenie grobów uległy przedawnieniu - uspokojono nas w bielskiej prokuraturze.
DLA GAZETY
antropolog z Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej przy AM w Poznaniu
W tym wypadku nie można przeprowadzić badania DNA, bo nie ma już tkanek miękkich. Możemy zrekonstruować wygląd twarzy. Jeśli zachowały się portrety rodzinne, będzie wiadomo, kto to jest. Rekonstrukcję przeprowadzamy metodą komputerową. Trwa to dzień, kosztuje ok. 600 zł.
Czaszkę damy Sułkowskim
Bielska Prokuratura zakończyła wczoraj śledztwo w sprawie kradzieży czaszki z zamku Sułkowskich w Bielsku. O sprawie piszemy od stycznia. Wtedy to zadzwonił do nas Jerzy Lewczyński. Prosił, byśmy pomogli mu oddać czaszkę do zamku. Lewczyński twierdzi, że w latach 40. wyjęli ją z trumny księżnej Ludwiki Sułkowskiej jego koledzy.
Iwona Bugajska: Dlaczego zakończyliście śledztwo?
Jolanta Wróbel, prokurator z Bielska: Bo mieliśmy ustalić, czy kradzież i zbezczeszczenie grobu uległy przedawnieniu. Uznaliśmy, że tak.
O tym, że przestępstwo uległo przedawnieniu, mówiła Pani już w styczniu, a mimo to w lutym wysłaliście czaszkę na badania antropologiczne do Krakowa.
- Bo naprawdę chcieliśmy ustalić, do kogo należała. Wykazaliśmy dużo dobrej woli.
Nie szkoda Wam w pół drogi przerywać śledztwo? Mogliśmy się dowiedzieć, czy czaszka rzeczywiście należała do księżnej Ludwiki Sułkowskiej. Przecież poszły na to publiczne pieniądze.
- Właśnie ze względu na pieniądze zakończyliśmy je. Dalsze badania DNA w Poznaniu kosztowałyby ok. 7 tys. zł. Nie mamy na to pieniędzy.
Co teraz stanie się z czaszką?
- Chcemy napisać do rodziny Sułkowskich do Paryża i zaproponować jej przejęcie czaszki. Istnieje taka możliwość. Wtedy oni będą decydować o ewentualnym pochowaniu jej czy badaniu. Za badania oczywiście będą płacić. Na podjęcie decyzji dajemy im trzy miesiące. Jeśli nie odezwą się albo nie zgodzą, czaszkę pochowamy na komunalnym cmentarzu.
Trzeba zdobyć ślinę
Żyło się jej jak w bajce, ale zmarła przed sześćdziesiątką - uważa Andrzej Czubak, który zakończył właśnie badanie czaszki wykradzionej z Zamku Sułkowskich. Czaszka mogła należeć do księżnej Luizy!
Antropolog Andrzej Czubak z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie nie od razu mógł się zająć badaniem czaszki, o której piszemy w "Gazecie" od stycznia. Najpierw musiał ją porządnie posklejać. - To wstyd, ale miała tyle pęknięć, ubytków wyrostków kostnych, jakby nią ktoś rzucał albo kopał ją sobie - opowiada. Dopiero po doprowadzeniu jej do porządku i pogipsowaniu Czubak zrobił pomiary i narysował wstępny portret. Ustalił, że z pewnością jest to czaszka kobiety. - Widać to gołym okiem. Świadczą o tym choćby jej nieduży rozmiar i bardzo regularne oczodoły - mówi. Wiek zmarłej, m.in. po zmianach artretycznych, Czubak określił na 53 do 59 lat.
Niestety, nie udało się ustalić, kiedy zmarła, m.in. dlatego, że czaszka została polakierowana. - Zadziałał rozpuszczalnik, więc nawet po kolorze nie powiem, kiedy doszło do zgonu. Odpowiedź może dać jedynie badanie DNA - mówi Czubak. Jest pewien, że to stara czaszka, przynajmniej z początku wieku. Nie może więc pochodzić z wystawy oświęcimskiej, jak niektórzy podejrzewali.
Czubak wie, jak wyglądała zmarła! Pokazał nam wczoraj naszkicowany przez siebie portret starszej otyłej kobiety o czarnych oczach. Kolor ustalił na podstawie kształtu podcięcia potylicznego. Na pewno nie była to kobieta o urodzie nordyckiej. - Nie ma mowy o niebieskookiej blondynce. To postawna brunetka o czarnych oczach. Z całą pewnością arystokratka. Wiem to dzięki jej załamanemu, garbatemu nosowi, dość znamiennej cesze polskiej szlachty. Wiem to również z badania kości czaszki. Są grube, a więc ta pani nigdy nie głodowała. Poza tym do starości zachowała piękne zęby - wyjaśnia.
Czubak nie potrafi powiedzieć, czy czaszka należała do księżnej Luizy Sułkowskiej. - Nic więcej o niej nie wiem. Miałem tylko ustalić wiek i wygląd osoby, do której czaszka należała, bo tyle zlecił prokurator - mówi.
Gdy pokazaliśmy mu portret brata i syna Luizy (jej portretu nie udało się nam zdobyć), Czubak ożywił się. - Brat pucołowaty. Ona też taka była. Miał małe usta, a jej usta też nie sięgały dalej niż do połowy kła. I te migdałowe oczy jak u brata. A u syna? Ten sam garbaty nos z wysoko osadzonymi skrzydełkami - mówi Czubak.
Raport do bielskiego prokuratora Czubak wyśle pod koniec tygodnia. Poprosi w nim o zlecenie badania DNA, bo to zaczyna być ważna sprawa historyczna. - Nawet nie będą musieli wchodzić po kości do krypty. Wystarczą mi te z czaszki. Przydałoby się jeszcze trochę śliny krewnego. Zna ich pani? - pyta Czubak wyraźnie podekscytowany.
Potomkowie Luizy mieszkają w Wiedniu. Żoną księcia jest Polka, pielęgniarka z Krakowa. Być może uda się nam zdobyć ślinę potomków Sułkowskich i do końca wyjaśnić tajemnicę czaszki.
Badania Andrzeja Czubaka nie wykluczają, że czaszka może należeć do księżnej Luizy Sułkowskiej
Czaszka w sejfie
Konrad Korzeniowski, historyk z Bielska, twierdzi, że czaszka, o której pisaliśmy w sobotę i czwartek, nie pochodzi z grobu Luizy Sułkowskiej, bo jej ciało było zmumifikowane. Specjaliści z raciborskiego muzeum i lekarze z Zakładu Anatomii ŚAM twierdzą jednak, że mumia źle przechowywana może stać się szkieletem
Korzeniowski uważa, że czaszka, którą zawieźliśmy na zamek w Bielsku, nie mogła należeć do księżnej Luizy Sułkowskiej. W 1946 r. był w krypcie i widział ciało księżnej. Było zmumifikowane. Na twarzy była skóra, na ramiona opadały siwe włosy.
Wczoraj zadzwonił do nas lekarz z Rudy Śląskiej, który twierdził, że czaszka mogła należeć do Luizy. Jeśli była przechowywana w złych warunkach, w cieple czy wilgoci, po mumifikacji nie został ślad.
Krystyna Kozłowska z raciborskiego muzeum opiekuje się egipską mumią z 800 r. p.n.e. - Ależ oczywiście, że lekarz ma rację. Gdyby naszą mumię ciągle owiewało wilgotne albo zanieczyszczone chemicznie powietrze, to po 40-50 latach nikt by nie uwierzył, że to była mumia - mówi.
Dr Mateusz Gasiński z Zakładu Anatomii ŚAM uważa, że nie tylko złe warunki mają wpływ na to, co zostanie z mumii: - Ważne jest też, jak została przeprowadzona mumifikacja. Jeśli zrobiono to źle, pospiesznie, to odpadną włosy, skóra i zostanie goła kość.
Tymczasem czaszka, która przeleżała 40 lat u mieszkańca Gliwic, nadal zamknięta jest w szafie pancernej bielskiego II Komisariatu Policji. Wczoraj prokurator w Bielsku zadecydował, że zostanie wszczęte dochodzenie z art. 262, par. 2 o znieważenie zwłok ludzkich.
Rozmawiała: IWONA BUGAJSKA




