Emigranci na dworcu mysłowickim fot. archiwum prywatne

W pierwszej połowie XIX w. fala emigrantów korzystała głównie z portu w Bremie. Tak jak Mysłowice, ówczesny Hamburg w początkowych latach ruchu emigracyjnego nie był przygotowany na przyjęcie tak wielkiej fali ludzi. O wypadkach pracujących w Ameryce polskich górników donosił „Kuryer Śląski”.

 

W 1849 roku swoją działalność w Bremie uruchomił armator Norddeutcher Lloyd (NDL). Na początku statki tego armatora obsługiwały linię do Londynu, a wkrótce rozpoczęły się również rejsy do Nowego Jorku. Już w 1854 roku wyjechała do Ameryki przez Bremę grupa rodzin ze śląskiego miasteczka Płużnica. Dotarli oni do portu Galveston nad Zatoką Meksykańską. Jeszcze w tym samym roku założyli miasteczko Panna Maria w Teksasie – najstarszą polską parafię w Ameryce. Walczyli o swoją nową ziemię z Indianami i grasującymi w okolicy bandami. Do dzisiaj oprócz języka angielskiego potomkowie tych emigrantów posługują się śląską gwarą.

 

Nie wszystkim jednak powodziło się za Atlantykiem. Wielu wychodźców wprost z portu bremeńskiego decydowało się wyjechać za chlebem do słonecznej Brazylii. Zanim jednak dotarli do portu, zostali po drodze obdarci ze wszystkich pieniędzy jakie zebrali na podróż przez różnych szemranych agentów.

W samym mieście Brema na głównej ulicy, przez którą wychodźcy przechodzili, wisiało wiele szyldów o treści: „Ty wymiana pieniędzy”, „Sprzedaż Szycskart do Ameryki i wymianę na brazylijska monetę” lub „Sprzedaż wszystkiego najtaniej na podrosz do Ameryki”. Niesprawiedliwa wymiana marek za ruble, wygórowane ceny za nędzne noclegi i wyżywienie powodowało, że na statkach okrętowano emigrantów już bez grosza przy duszy. Skuszeni ogłoszeniami o „polskiej treści” w niemieckich gazetach dotyczących pracy w Brazylii: „Schukam Robotnikuw do Budowi kolei itd.”, omamieni przez agentów opowieściami o wielkich zarobkach godzili się ze swoim losem. Po podróży przez Atlantyk w bardzo złych warunkach docierali do celu, najczęściej tylko po to, żeby pracować za grosze w ciężkich warunkach. Przykładem tutaj może być wyjazd grupy 500 Polaków do Brazylii w 1909 roku. Znaleźli zatrudnienie przy budowie kolei prowadzącej przez dżunglę. Zarządzający pracami w ogóle nie interesowali się warunkami bytowymi robotników, co w krótkim czasie spowodowało, że choroby i zabójczy klimat uśmierciły wielu spośród nich. Ci, którzy pozostali przy życiu zbudowali tratwy i Amazonką przepłynęli do najbliższego konsulatu niemieckiego w Manaos. Otrzymali tam pomoc i powrócili do Niemiec. W drodze powrotnej wielu emigrantów zmarło, a po dotarciu do Hamburga ci, którzy przeżyli trafili do szpitali, gdzie leczono ich na febrę i inne choroby podzwrotnikowe.

HAMBURG-AMERYKA

Tak jak Mysłowice, ówczesny Hamburg w początkowych latach ruchu emigracyjnego nie był przygotowany na przyjęcie tak wielkiej fali ludzi. W 1892 roku brak dogodnych warunków higienicznych dla tysięcy emigrantów koczujących w Hamburgu doprowadził do wybuchu epidemii cholery. W mieście zmarło 8 tys. ludzi. Ofiarami epidemii padły również załogi statków HAPAGu, pływających z emigrantami do Ameryki. Stały one przez długi czas bezużytecznie zakotwiczone na środku rzeki Elba. Rozwiązanie problemu pobytu emigrantów na terenie Hamburga znalazł Albert Ballin, szef HAPAGu. Wybudował on specjalne miasteczko dla emigrantów. Na potrzeby miasteczka wybudowano ok. 30 budynków, w tym kościoły: ewangelicki i katolicki oraz synagogę. Jednorazowo w miasteczku mogło mieszkać 5 tys. wychodźców, którym zapewniano opiekę lekarską oraz wyżywienie. Po przybyciu do Ameryki nie wszystkim dane było od razu stanąć na „obiecanej” ziemi. Musieli oni przejść najpierw kontrolę i badania lekarskie na wyspie Ellis, która zamieniona została na stację emigracyjną. Na teren Stanów Zjednoczonych nie wpuszczano osób chorych oraz kryminalistów. Niektórzy spędzili tygodnie, inni nawet miesiące w szpitalu na wyspie, a wielu z nich zmarło nie doczekawszy zejścia na ląd. Ci, których wpuszczono do Ameryki, ze zmiennym szczęściem znajdowali zatrudnienie w różnych fabrykach czy kopalniach. Mając nawet pracę i godziwy zarobek los dla wielu nie był łaskawy. Przykładem tutaj może być wiadomość zamieszczona w „Kuryerze Śląskim” z 1910 roku: Z Junstown donoszą do „Dziennika Chicagowskiego”, że zginął tam straszną śmiercią w fabryce firmy Bessemer Steel Plant Co., polski robotnik, Jan Niziołek, pochodzący z Galicyi ze wsi Binarowa powiatu Gorlice. Podczas krótkiej przerwy w pracy, położył się na desce przy dużej kupie żelaza i widocznie zdrzemnął; tymczasem maszynista przy windzie nakrył go olbrzymim ciężarem rozpalonego żelaza. Na razie nikt nie spostrzegł nieszczęścia, dopiero gdy zapach spalonego ciała napełnił fabrykę, zaczęto robić poszukiwania i w dwie godziny później wydobyto Niziołka prawie zwęglonego. Był on kawalerem, miał około 30 lat. Właściciel fabryki, chcąc okazać swoje współczucie dla nieboszczyka, przysłał dla niego trumnę i bukiet kwiatów. W ogóle w wielkich fabrykach i kopalniach amerykańskich, gdzie tak często wydarzają się najrozmaitsze katastrofy, pada ofiarą wypadków wielu pracujących Polaków. Świadczy o tem najdobitniej ostatnie sprawozdanie górnicze, z którego okazuje się, iż w ostatnim roku, ogółem biorąc, straciło życie w tej miejscowości w kopalniach twardego węgla 678 ludzi. – W tej liczbie 213 Polaków.

ROZTRWONIONY ZAROBEK

Ci emigranci, którym się poszczęściło, nie zawsze umieli wykorzystać swoją szansę. Roztrwonili możliwość lepszego życia na zabawach i hulankach zakrapianych alkoholem. Często słynne „postaw się, a zastaw się” kończyło się roztrwonieniem ciężko zarobionych (niemałych) pieniędzy, które zarabiali tracąc zdrowie w kopalniach węgla, rudy żelaznej, łupku lub marmuru, w hutach, fabrykach wełnianych. W knajpach stawiano nieraz po 20 beczek piwa, wina i innych trunków… Rewanżowali się jedni drugim tym samym, nierzadko zapożyczając się w tym celu. Dochodziło do licznych bójek i awantur w barach. Lokalne gazety miały o czym pisać i barwnie komentowały życie polskich emigrantów. Często wychodźcy pracujący nierzadko dziesięć i więcej lat na obczyźnie roztrwoniwszy swój zarobek podejmowali decyzję o powrocie w rodzinne strony. Wracali bez pieniędzy, a zdarzało się również, że na kartę okrętową zrzucali się koledzy.

 

Artykuł ukazał się na stronie Gazety Mysłowickiej 31.07.2012r.