Poeci na Śląsku

Katarzyna Młynarczyk

 

Z prawdziwą przyjemnością powracam do wierszy Katarzyny Młynarczyk. A choć powracam rzadko, zdaje mi się, jakbym się z nimi nie rozstawał nigdy. Zawarty jest w nich bowiem tak wielki i ważny potencjał egzystencji, że mimo woli, samo życie przypomina światoobraz liryczny autorki Wenus z Willendorfu. Nieczęsta to, przyznajmy, cecha poezji współczesnej.

 Katarzyna Młynarczyk

 

Katarzyna Młynarczyk opublikowała dotąd sześć tomików wierszy: To byłam ja (1980), Wenus z Willendorfu (1982), Trudno jest mówić o szczęśliwej miłości (1987), Kochanki (1989), Kocham asfalt i nocne lokale (1990), Inaczej (1993). Łączność między tymi zbiorkami widoczna jest od razu, przede wszystkim na poziomie stylu. Poetka przeciwna jest jakimkolwiek stylistycznym i kompozycyjnym ekstrawagancjom, wciąż pisze, by tak powiedzieć, jeden i ten sam poetycki życiorys w jednym i tym samym języku. Każdy, kto kiedykolwiek próbował zakochać się na dłużej w poezji wie, jakie to trudne. Ale właśnie ta jednostylowość sprawia, że wiersze Katarzyny Młynarczyk są nie do podrobienia, są rozpoznawalne mimo upływu lat i natłoku nowych talentów.

 

Dwa obszary szczególnie poetka darzy zainteresowaniem i sympatią. Pierwszym z nich, choć ostatecznie umieszczonym jakby w tle, jest malarstwo czy w ogóle sztuka. Ta fascynacja świadczy najlepiej o „fakturze” wierszy Młynarczyk: sugestywności, zdecydowania linii, kolorystyce emocji, itd. W tej, niejednokrotnie ekspresjonizującej, liryce właśnie obrazowość staje się najważniejsza. Inaczej wiersz nie ma sensu. Musi być obrazowy, musi dochodzić do wrażliwości i emocji. Jeśli tego nie osiąga – staje się pseudointelektualnym bzikiem.

 

Drugim obszarem poezji Katarzyny Młynarczyk jest miłość. Lecz nie miłość byle jaka, letnia i na parapecie. Miłość – przeżywana w najgłębszym natężeniu zmysłów, miłość totalna; chociaż raniąca niejednokrotnie odtrącana, lecz przecież powracająca ustawicznie w wybaczającym wspomnieniu. O miłości szczęśliwej, powiada poetka, w ogóle jest trudno mówić, lecz właśnie miłość domagająca się szczęścia jest jedynym tematem godnym rozmowy. Życie składa się z walki i poniżeń, ale gdzieś musi istnieć jakiś pokład czułości. I tylko trzeba go odnaleźć, a że jest i w „nocnych lokalach” i „na asfalcie” nikt nie zaprzeczy.

 

Sugestywny erotyzm, tonowany ustawicznie w spokojnej, wyciszonej frazie; dbałość o wewnętrzną dyscyplinę; niechęć do krzyku i patosu; zdecydowana kreska w poetyckim obrazie – to wyznaczniki najbardziej widoczne w poezji Katarzyny Młynarczyk. Poezji w gruncie rzeczy pastelowej.

 

Kiedyś poetka, przyznając się do swoich fascynacji literackich, wyznała, że – między innymi – urzekł ją „pastel pewnego staroświeckiego, niemodnego malarza (Stanisława Klimowskiego – przyp. mój). Gdzie z plątaniny czerwono-niebieskich kresek – stworzone jest złotawe tło, brązowe włosy, koronki w kolorze kości słoniowej oraz żywe, pachnące i świeże, kobiece ciało” Zwróćmy uwagę na to, jak to jest napisane i co ostatecznie pojawia się w kodzie wyznania. Otóż właśnie: kobiecość, która jest wyrażana przez pośredniość (lecz jakże sugestywną pośredniość) środków artystycznych.

 

A przecież formuła Ich w tej poezji jest najczęstsza, czasami wszechobecna. Sądzę, że poetka pragnie nam zakomunikować w ten sposób rzecz dla siebie najważniejszą, to mianowicie, iż o miłości niepodobna inaczej mówić, jak tylko w pierwszej osobie. Więc także – i we własnym imieniu. Wydaje mi się, że jest to nie tylko szczere wyznanie, lecz także wyznanie uczciwe.

 

Skoro już padło tutaj słówko „szczerość”, zapytajmy o ten stan w poezji autorki Kochanek. Trudno jest oczywiście rozstrzygać, co jest a co nie jest szczerością w literaturze. Jeśli przyjmiemy tylko najbardziej banalne wyjaśnienie, ze szczerość to rodzaj osobistego, intymnego, nie tuszowanego żadnymi konwenansami wyznania – będziemy bliscy prawdy. Tak właśnie manifestuje się szczerość w liryce Katarzyny Młynarczyk.

 

Bodaj niewiele poetek na ten rodzaj wypowiedzi się zdobyło: Anna Świrszczyńska (z poetek starszych), Anna Janko i Dorota Wiśniewska, a w niektórych wierszach może Katarzyna Boruń i Anna Czekanowicz (z poetek rówieśnych autorce To byłam ja). Z Pewnością także Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, choć u niej jest jeszcze wiele konwenansów poezji ubiegłego wieku. Bardziej szczera od niej była w międzywojniu Felicja Kruszewska, autorka odważnych wierszy erotycznych w tomach Przedwiośnie (1923) i Stąd – dotąd (3 tomy, 1925). Mniejsza jednak o te historycznoliterackie lokacje.

 

Katarzyna Młynarczyk do własnego głosu w poezji doszła od razu. Nie widać, aby kiedykolwiek eksperymentowała z językiem. Tak, jakby dane jej było natychmiastowe widzenie spraw trudnych i tabuicznych, bez konieczności terminowania u kogokolwiek. To decyduje w konsekwencji o wyrazistości tej poezji i jej randze.

 

Łatwo można by poezję autorki Inaczej zamknąć w szufladzie liryki kobiecej, albo też umieścić ją na gałęzi drzewa feministek. Ale takie postępowanie jest, moim zadaniem, bez sensu i bez przyszłości. Katarzyna Młynarczyk bowiem z kobiecości czyni akt egzystencjalny; tę kobiecość postrzega jako dar i jako przekleństwo; obdarza ją nieufnością i zgodą. Tak, ta poezja jest pełna nieustannych rozterek. Zgoda na kobiecość jest tutaj świadoma, nawet jeśli poetka dostrzega w niej także ciemne strony.

 

Ostatecznie przecież kobiecość równa się życiu. Nic bez niej nie ma, choć bywa ona spychana niejednokrotnie do garkuchni i pieluch. Katarzyna Młynarczyk tego nie akceptuje i dobrze, ze z tej niezgody czyni przedmiot poetyckiego wtajemniczenia. Gdyby stało się inaczej – podzieliłaby los wielu autorek, które dają mniej, niż leży to w ich możliwościach.

 

Ta poezja jest jak pierwszy powiew wiosny. Nie ma w niej lat, utyskiwań, jest natomiast wieczna manifestacja młodości, życia, pożądania. Ostatecznie przecież to tylko się liczy: zapamiętać chwilę, która się nie zmienia. Gdyby to przywołanie nie było mi poczytane za nadużycie (a sądzę, ze nie będzie), powiedziałbym, że w liryce Katarzyny Młynarczyk w sposób doskonały sprawdzają się słowa Horacego z pieśni Do Leukonoe: „sapias […] et spatio brevi / spem longam reseces. Dum loquimur, fugerit invida / aetas: carpe diem quam minimum credula postero”. Ta tylko różnica jest między Horacym a Młynarczyk, iż poetka nie zważa na głosy czy poszepty mężczyzn. Ona wie sama to, o co mężczyzna może tylko prosić. W tym tkwi nie tylko jej mądrość życiowa, lecz także siła poetyckiego talentu.

 

Marian Kisiel

 

Górnośląski Diariusz Kulturalny

 

 

 

Pliki cookies

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.